Nowa historia osoby cierpiącej na zaburzenie osobowości z pogranicza, jak zawsze odważna i dająca nadzieję, która jest tak potrzebna. Odnośnie tych historii:

Komentarze mogą być odsyłane do autorów, więc mogą pojawić się z opóźnieniem lub wcale.
Odnośniki są dodawane przeze mnie tak samo jak śródtytuły.

Chciałabym też podkreślić, że wszelkie szczegóły (w każdej historii) są zmienione, by osoba nie mogła zostać rozpoznana, więc, jeśli się komuś wydaje, że zna tę osobę, to wrażenie przypadkowe.

Zaburzenie Osobowości z Pogranicza- Moja historia-Tonący Ratownik

Zabierałam się za to od długiego czasu. Dlaczego w końcu zdecydowałam się opisać moją historię? Ponieważ gdyby nie psychiatra i terapia, to właśnie teraz moje życie zataczałoby kolejny krąg i leżało w gruzach.

Burza wewnątrz mnie

Pisze dużo o związkach bo to one sprawiały mi największe trudności w dorosłym życiu. W dzieciństwie nauczyłam się tłumić emocje i udawać względną „normalność” za wszelką cenę. Sporo się pisze o zachowaniach acting-out w borderze. U mnie występowały one tylko w bardzo bliskich relacjach. Zamiast kierować swoje burzliwe emocje na zewnątrz kierowałam je do wewnątrz, a gdy nie byłam już w stanie odcinałam się od ludzi by nie widzieli, że nad sobą nie panuje.

Emocje to wstyd, myśl pozytywie

Wszelkie publiczne przejawy złości czy smutku uważałam za słabość której należy się wstydzić. Miałam poczucie winy, że obciążam innych swoimi humorami. Im byłam starsza tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że okazywanie cierpienia, proszenie o pomoc czy próby stawiania granic nie mają sensu i wywołają tylko więcej problemów lub sprawią, że ludzie się ode mnie odsuną.

Marzyłam by być jak Joy z bajki „W głowie się nie mieści” (choć wtedy jeszcze nie powstała) Wiecznie szczęśliwa, tryskająca pozytywną energią, mająca wszystko pod kontrolą i lubiana przez innych.

Wyrośnie z tego

Od dziecka miałam widoczne problemy. Poradziłam sobie z większością żalu i złości na rodziców, że nie zajęli się nimi wcześniej. To były inne czasy. O borderline się nie mówiło, a na wszelkie problemy psychiczne i emocjonalne lekarstwem miało być dojrzewanie – “wyrośnie z tego”. Odkąd pamiętam towarzyszył mi lęk, że nie poradzę sobie w życiu. Już w podstawówce wyobrażałam sobie siebie jako dorosłą osobę, bezdomną i żyjącą pod mostem – tak się mówiło: “Jak nie będziesz się uczyć wylądujesz pod mostem.” Bałam się, że moi bliscy umrą, a ja wtedy umrę z bólu emocjonalnego i samotności.

Regulowanie emocji

Jedynym sposobem regulacji emocji jaki znałam było kiwanie się, huśtanie na huśtawce albo uciekanie w świat wyobraźni. Byłam nauczona, że trudne emocje należy tłumić i dusić. W gimnazjum, gdy z powodu niedopasowania doświadczałam znęcania i szykan ze strony rówieśników, poznałam nowy sposób walki z bólem emocjonalnym – samouszkodzenia. Ból fizyczny był łatwiejszy do zniesienia niż psychiczny.
Chodziłam do szkolnych psychologów, mówiłam o problemach rodzicom, w wieku piętnastu lat byłam nawet u psychiatry. Nic to nie dało. Wszystkie problemy bagatelizowano albo zbywano.

Bóle psychosomatyczne

Od dziecka miałam bóle brzucha, problemy z żołądkiem i układem trawiennym. Czasem coś zdiagnozowali (drożdżycę w dzieciństwie, wrzody żołądka w późniejszym okresie), ale po wyleczeniu bóle nie przechodziły. Był okres kiedy żołądek bolał mnie codziennie, czasem tak, że bałam się wyjść z domu i oddalić od toalety. Większość problemów ustąpiła, gdy przestałam tłumić emocje i nauczyłam się wyrażać złość i smutek. Czasem wracają, ale już wiem jak sobie z nimi radzić.

Diagnoza i terapia

 

Pierwszy raz do psychiatry trafiłam w wieku piętnastu lat. Diagnoza: depresja. Dostałam jakieś zielone tabletki, po których źle się czułam, miałam wrażenie, że narasta we mnie agresja. Po dwóch spotkaniach zrezygnowałam, rodzice nie protestowali. Później, gdy powoli wchodziłam w wiek dorosły, działo się dużo złego. Nawracające stany depresyjne, rozczarowująca terapia grupowa, na której psycholożka nie chciała uznać mojej orientacji seksualnej i nazywała moją partnerkę “koleżanką” mimo próśb i faktu, że mówiąc o partnerach innych uczestników terapii używała słów “partner, partnerka”. Choć jedna z prowadzących grupę psycholożek była w porządku i wydawała się zaangażowana, to druga, która zdominowała terapię, zrobiła na mnie wrażenie osoby lekceważącej i apodyktycznej. W dodatku spóźniała się na spotkania.

Unieważniająca terapia

Terapię rzuciłam, gdy po rozstaniu z ówczesną partnerką wpadłam do sali spóźniona zapłakana i z myślami samobójczymi. Usłyszałam od prowadzącej, że spóźniłam się specjalnie żeby zwrócić na siebie uwagę. Spotkałam się wręcz z agresją ze strony grupy, że wspominam o samobójstwie z tak błahego powodu. Znów odebrałam komunikat, że moje emocje są nie na miejscu i na pokaz.
Zapewne pogłębiłam to przekonanie, gdy tydzień później przyszłam na terapię w euforii bo poznałam kogoś nowego. Jak to możliwe? Tydzień temu chciałam się zabić, a teraz przychodzę pełna energii i pozytywnych myśli o przyszłości? Tym razem reakcja grupy sprawiła, że poczułam głęboki wstyd i poczucie winy. Więcej się nie pojawiłam.
Przez kolejne miesiące zmagałam się z bardzo silnymi huśtawkami nastrojów, od myśli samobójczych przez nadmiar energii i pomysłów, po wściekłość której nie umiałam okazywać inaczej niż izolacją i sprawianiem sobie bólu.

Terapia

Powiem szczerze…

Nienawidzę psychoanalizy i terapii psychodynamicznej. Samo wspomnienie wzbudza we mnie gniew. Nie zrozumcie mnie źle, znam historie osób którym ten rodzaj terapii pomógł, ale na mnie działa jak płachta na byka. Bo jak ma się czuć osoba, która ma wrażenie, że jej emocje są nieważne i nikt jej nie słucha; gdy w kółko słyszy pytania:

  • Ale na pewno czuje pani smutek?
  • Jest pani pewna, że to nie złość?
  • Jest pani pewna, że smuci się pani z tego powodu, a nie z innego?
  • A może jednak się pani złości, bo coś tam?

 

Jak chodzić?

Czułam, że ktoś do kogo przyszłam po pomoc, zamiast zrozumieć i wysłuchać, narzuca własną interpretację i miesza mi w głowie, co zupełnie zniechęcało do zwierzeń.
Wciąż miałam wrażenie, że ludzie którzy umieją chodzić – poruszać się jakoś w życiu – zamiast pokazać mi jak to robić powtarzają, że to czy będę umiała chodzić zależy ode mnie i od mojego nastawienia, a potykam się albo chodzę krzywo, żeby zwrócić na siebie uwagę. Pytają w kółko, dlaczego to robię, ale nie umieją powiedzieć mi jak robić inaczej.

Wiem dlaczego, nie wiem JAK

Po wielu (siedmiu, jeśli dobrze liczę) nieudanych próbach terapii i latach analizowania swoich zachowań i czytania popularnonaukowych artykułów psychologicznych wiedziałam już całkiem sporo na temat tego DLACZEGO robię szkodliwe rzeczy, ale wciąż nie umiałam nic zmienić.

Domki z kart

Zmiana nadeszła gdy po latach krzywdzenia siebie i bliskich zauważyłam konkretny powtarzający się schemat budowania życia, a następnie rozwalania go gdy następował spokój. Dość łatwo było budować na początku. Po rozwaleniu wszystkiego, gdy wychodziłam powoli z depresji, nawet ugotowanie obiadu czy wyjście na spacer dawało poczucie satysfakcji. Jednak nadchodził etap, gdy miałam już pracę, związek, miejsce do życia i czułam się nieźle, a osiągnięcie czegoś więcej zaczynało wymagać więcej wysiłku i cierpliwości, a przede wszystkim czasu. Nie umiałam tego znieść i zaczynałam niszczyć wszystko, by potem zacząć od nowa budować coś zupełnie nowego!
– Tym razem będzie cudownie, zbuduję życie jakiego pragnę! – Tak mi się wydawało, bo schemat zawsze zataczał krąg. Powtórzył się cztery razy nim stwierdziłam, że nie pozwolę na kolejny.

Miłość

Poznałam dużo młodszą ode mnie dziewczynę, jak mi się wydawało – cudowną
i wrażliwą. Gdy w nowym związku powtarzały się identyczne problemy jak w poprzednich, wiedziałam już, że nie bardzo radzę sobie z tak bliskimi relacjami. Chciałam, żeby tym razem było inaczej. Bałam się, że ją skrzywdzę i pragnęłam być lepszą partnerką i osobą.

Psychiatra z pasją

Szukając nowej terapii z początku nie trafiałam zbyt dobrze, przypadkiem otarłam się nawet o medycynę alternatywną (eft). Załamana poszłam do psychiatry poleconego przez przyjaciółkę. Trafiłam na lekarza psychiatrę z ogromną pasją i wiedzą, przejawiającego prawdziwą troskę o pacjenta, empatię, a przede wszystkim umiejącego słuchać.
Opowiedziałam mu wszystko. O samouszkodzeniach, destrukcyjnych ryzykownych zachowaniach, o pragnieniu śmierci i szukaniu jej, poczuciu pustki, niszczeniu siebie i agresji skierowanej na najbliższych (złość umiałam okazywać tylko dwóm najbliższym osobom, partnerce i mamie. W przypadku reszty często mówiąc, że jestem wkurzona, jednocześnie się uśmiechałam, albo zamiast mówić o złości mówiłam o smutku i rozczarowaniu jednocześnie płacząc tak, że w ogóle ledwie mogłam mówić).
Szczerze opowiedziałam jak znęcałam się psychicznie nad byłą partnerką, która nie umiała się bronić. Byłam wściekła na siebie, że ją krzywdzę i na nią, że mi na to pozwala – że mimo krzyków, ciągłej krytyki, słownej agresji i oziębłości emocjonalnej wciąż mnie kocha i nie odrzuca, a jednocześnie nie umie postawić twardej granicy. Nawykła w domu do przemocy psychicznej, znosiła wszystko w milczeniu. Wywalałam więc na nią wieczną złość i frustracje, projektowałam własne braki, a potem izolowałam się z powodu poczucia winy.
Powiedziałam lekarzowi, że nie chcę, żeby to się powtórzyło z nową partnerką. Opowiedziałam też o zakupoholizmie, dzieciństwie pełnym strachu o przyszłość i przemocy w szkole, o swoich nieudanych próbach terapii… Po wyrzuceniu z siebie wszystkiego w dość beznamiętny sposób usłyszałam wstępną diagnozę:
– CHAD? – Zapytałam, bo tak mi się wydawało, skoro moje życie rozpadało się w mniej więcej dwuletnim cyklu.
Nie, borderline…

Dlaczego nie CHAD?

Po dokładnej analizie wyszło na to, że dwa lata to maksimum, w którym byłam w stanie tłumić emocje, budować coś i funkcjonować w miarę normalnie. To nie była kwestia chemii mózgu, tylko starania się tak bardzo i trzymania wszystkiego w sobie, że wreszcie skutkowało to najpierw depresją, a potem pseudomaniakalnym wybuchem. Bo gdy już wszystko straciłam, co mogło być więcej do stracenia? Mogłam bawić się, pić, brać narkotyki, szaleć… Ale nie czułam się niezniszczalną panią życia jak w manii, po prostu było mi obojętne czy umrę, czy będę żyć. A może nawet liczyłam, że stanie się to pierwsze.

Tonący Ratownik

Zawsze ciągnęło mnie do osób które wydawały się w życiu bardziej samotne, zagubione i spragnione miłości niż ja. Osób nieśmiałych, wycofanych, ale inteligentnych czy utalentowanych. Chciałam im pomóc wyjść do ludzi, pokazać się światu, dostrzec swoją wartość, tak jakby dzięki temu mieli kochać mnie do końca życia, albo jakbym dając uwagę i miłość innym mogła uratować siebie.

Wiecie co się dzieje, gdy osoba z takimi zaburzeniami zabiera się za ratowanie innych?
W moim przypadku działa się jedna z dwóch rzeczy:

  1. Nie byłam w stanie pomóc, narastał we mnie gniew i frustracja. Przechodziłam od idealizacji do deweluacji. Do tego dochodziło poczucie bezradności wobec cierpienia drugiej osoby, poczucie winy i cała gama emocji, którą wyrażałam w sposób destrukcyjny.
  2. Taka osoba zaczynała radzić sobie lepiej, rzeczywiście nabierała pewności siebie, wychodziła do ludzi i… przestawała mnie potrzebować, po czym odchodziła poniekąd przytłoczona moim ciągłym strachem o to, że skoro już mnie nie potrzebuje – odejdzie.

W pierwszej relacji przed podjęciem skutecznej terapii byłam toksyczna, bo partnerka była stała w swoim zachowaniu i nie wyrażała chęci rozstania nawet, gdy zachowywałam się naprawdę okropnie.

Destrukcyjne schematy w relacjach

W drugiej trafiłam na osobę równie chwiejną emocjonalnie, która raz nie wyobrażała sobie życia beze mnie i zalewała mnie miłością, innym razem chciała się rozstawać, bo coś jej nie odpowiadało, za chwilę jednak przepraszała, a często, gdy coś w moim zachowaniu jej nie odpowiadało, zwyczajnie się izolowała i odcinała. Taka relacja zupełnie wyniszczała mnie emocjonalnie, ale zakończenie jej było niezwykle trudne i bolesne. Długo po rozstaniu miałam poczucie winy i myśli, że gdybym była silniejsza, bardziej zdecydowana i stabilna, to związek by się nie rozpadł. Dziś wiem, że związki tak nie działają.
Czasem dwie osoby niekoniecznie są toksyczne w codziennych relacjach, ale gdy trafią na siebie i zbliżą się za bardzo, potrafią wyciągnąć z siebie nawzajem najgorsze cechy, zachowania i destrukcyjne schematy.

Rozstanie przeszłam boleśnie, ale dzięki wsparciu terapeutki obeszło się bez autodestrukcyjnych zachowań i głębokiej depresji, choć myśli i trudne emocje związane z tamtą relacją gryzły mnie jeszcze lata po rozstaniu. Zresztą rzeczy z przeszłości wciąż czasem bolą. Są jak wirus który wraca i daje objawy gdy zaniedbam higienę psychiczną lub gdy z powodu różnych czynników odporność psychiczna jest osłabiona.

Po diagnozie

Jakiś czas po diagnozie i poczytaniu o zaburzeniu zapisałam się na terapię przez skype’a, bo częste wyjazdy i zmiany miejsc zamieszkania nie pozwalały mi na terapię stacjonarną. Poza tym tak było łatwiej. Łatwiej odpalić laptopa niż zebrać się do wyjścia i dojechać na terapię.
I trudniej znaleźć wymówkę, by jej unikać i przekładać w nieskończoność.

Dlaczego unieważniałam emocje?

Z perspektywy czasu sądzę, że jedną z najtrudniejszych rzeczy w relacjach ze mną było podejście do emocji. Umiałam być bardzo pomocne i wspierająca gdy mogłam rozwiązać problem lub odsunąć emocje. Jeśli partnerka była zła i sfrustrowana, bo ma za dużo pracy i mogłam wykonać tą pracę za nią, było ok. Jeśli była smutna, bo brakuje jej pieniędzy na coś, co chciała kupić i wystarczy to kupić, a ja akurat miałam pieniądze – ok. Ale co ze złością albo smutkiem, z którym nie da się nic zrobić, albo z którym ktoś nie chce pomocy?

Pozwolić emocjom być

Tu w grę wchodziły nachalne próby narzucenia swoich rozwiązań, racjonalizacja, unieważnianie… Bo zupełnie zaskakującym i nowym odkryciem było, że MOŻNA ZWYCZAJNIE POZWOLIĆ EMOCJOM BYĆ I NIC Z NIMI NIE ROBIĆ. Że ktoś może być wściekły, chcieć być wściekły i to jest ok. Że ktoś może być smutny i nie chcieć pocieszenia, czy rozbawienia, może mieć problem i nie chcieć się nim natychmiast zajmować.
Odkrycie, że odczuwanie i okazywanie smutku jest w porządku było dużym przełomem w moim życiu. Później przyszła pora na przekonanie się, że analogicznie jest ze złością, która dla mnie była równoznaczna z agresją.
Ale takie podejście do emocji wymaga odpowiedniego środowiska, bo jeśli obracamy się w kręgach osób, które karcą nas za smutną albo złą minę, wyśmiewają za płacz, ośmieszają za złość lub wywołują poczucie winy za stawianie granic, to przekonanie siebie, że odczuwanie
i okazywanie tych emocji jest dobre i potrzebne, będzie bardzo trudne. Nie mówiąc już
o nauczeniu się okazywania ich w zdrowy i zrozumiały sposób.

Nowe życie

Właściwie już po paru sesjach odzyskałam nadzieję, że tym razem się uda. Wreszcie ktoś zaczął mi mówić CO MAM ROBIĆ! Czułam się jakby ktoś miłosiernie – w końcu – udostępnił mi instrukcję do obsługi emocji i relacji międzyludzkich. Ulga, jaką poczułam, gdy zauważyłam, że umiejętności, których się uczę zaczynają działać, była nie do opisania. W procesie terapii zdarzały się upadki i zwątpienia, ale dziś, po dwóch latach, jestem wdzięczna za wszystko czego się nauczyłam. Od dawna nie dokonuję samouszkodzenia, umiem odsunąć impuls nakazujący destrukcyjne zachowania, lepiej się komunikuję i dbam o relacje, zachowując przy tym własne granice i szacunek do siebie.

Lęk zamiast depresji

Wraz ze spokojnym życiem o dziwo pojawiły się ataki paniki, stany lękowe i paranoja.
Z pomocą przyjaciółki, która również cierpi z powodu zaburzeń osobowości i również się leczy, z zaskoczeniem odkryłam, że są związane z chęcią do życia. Naprawdę chcę żyć! Wcześniej było mi obojętne czy umrę. Każdego to czeka, więc co tam.
– Lepiej umrzeć niż się zestarzeć, bo i tak sobie z życiem nie radzę, a z czasem będzie coraz ciężej – myślałam. Czekałam na śmierć albo na koniec świata, koniec świata byłby wybawieniem…

Radzenie sobie z lękiem

Teraz, kiedy wreszcie daję sobie radę, wierzę że mogę coś osiągnąć oraz jestem w szczęśliwym związku z osobą, która kocha mnie, wspiera i w pełni akceptuje – ale jednocześnie ma na tyle silny charakter, że potrafi stawiać granice – naprawdę nie chcę tego stracić.
Czasem boję się, że mogę mieć raka, że ktoś się włamie i mnie zabije, że zjedzona potrawa będzie źródłem reakcji alergicznej i zaraz zacznę się dusić i umrę, albo że pieprzyk na ramieniu mojej dziewczyny to czerniak i ją stracę.

Wola życia

Uczę się radzić sobie ze strachem przed stratą i stwierdzam, że nie jest taki zły, bo świadczy o tym, że zależy mi żeby żyć i dożyć starości. Po długim procesie terapeutycznym powoli uczę się żyć i funkcjonować w nowej rzeczywistości, w której katastrofy, napięcie i skrajne emocje nie są bolesną codziennością.

I jeszcze o związkach

Każdy z nas zna taką osobę, która wiąże się tylko z toksycznymi ludźmi. Na zainteresowanie stabilnych, odpowiedzialnych partnerów ma jedną odpowiedź:

 

“Nie ma chemii, tacy mnie nie pociągają.”

 

Gdyby nie terapia nigdy nie weszłabym w związek z moją obecną partnerką. Umiałam być tylko z osobami które wydawały się mnie potrzebować. Paradoksalnie tylko przy takich czułam się bezpiecznie, bo po co ktoś, kto mnie nie potrzebuje, miałby ze mną być?
Moja obecna partnerka jest bardzo różna od ludzi z którymi wiązałam się wcześniej. Ma silną osobowość, umie stawiać granice, radzi sobie dobrze zawodowo, społecznie i towarzysko, nie jest nieśmiała, nie daje sobie wejść na głowę, wie czego chce, jest pewna siebie i stabilna emocjonalnie.
Dawniej takie osoby mnie przerażały. Nawet jeśli wchodziłam w bliższe relacje, to utrzymywałam dystans, bojąc się zbyt wielu rzeczy, by naprawdę się zaangażować. A zdrowa, pewna siebie osoba odpuści, gdy nie widzi zaangażowania i zainteresowania drugiej strony. Związek nie był lekarstwem na zaburzenia, a dotarcie się i przełamanie schematów wymagało mnóstwa pracy.

Wspólna Praca

Moja partnerka musiała się dużo nauczyć, ale ważne jest dla mnie że chciała podjąć ten wysiłek. Mam ogromny problem z poczuciem winy, więc nauczyła się formułować komunikaty tak, żeby go nie nakręcać. Dzięki temu ja nauczyłam się przepraszać i przyznawać do błędów. Nauczyła się nie mówić mi, że mam się nie martwić albo nie smucić, choć w procesie uczenia wychodziło to czasem nienaturalnie, dziwnie albo zabawnie.

Uprawomocnienie

  • Nie martw się, kochanie
  • Nie mów mi, że mam się nie martwić!
  • Przepraszam! Możesz się martwić pierdołami, ile tylko chcesz!
  •  … Pierdołami?
  • Ojej! Przepraszam! Nie to miałam na myśli! Możesz się martwić czym chcesz i ile chcesz!

Z drugiej strony ja musiałam nauczyć się mówienia o swoich potrzebach i oczekiwaniach wprost, co dawniej byłoby dla mnie niemożliwe. Na przykład – gdy jest mi źle i mam deficyty emocjonalne, umiem zwyczajnie poprosić:

  1. Czy mogłabyś zrobić mi herbaty? Źle się czuję i potrzebuję poczuć się zaopiekowana.
  2. Albo
    Mogę ci jakoś pomóc? Mam poczucie winy, że za mało robię i chciałabym poczuć się potrzebna.

To wydaje się proste prawda? Tylko że przed terapią nie wiedziałabym co czuję, dlaczego czuję, ani co zrobić, aby poczuć się lepiej. Raczej poprosiłabym, żeby ktoś zrobił mi herbaty bo chce się napić herbaty, a po odmowie zaczęła płakać, bo “O nic nie mogę poprosić! Nawet o tak prostą rzecz jak herbata. Nie mogę na nikim polegać, gdy będzie źle nikt mi nie pomoże…” i tak dalej. Ewentualnie wpadłabym w poczucie winy, że proszę o zbyt wiele i zawracam komuś głowę, zamiast sama ruszyć tyłek.

Szczęśliwy Zwiazek

Na internetowych grupach wsparcia często powtarza się pytanie, czy mając diagnozę borderline można stworzyć szczęśliwy związek.
Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli podejmie się dobrą terapię i trafi na partnera, który chce wspierać, ale jednocześnie umie zadbać o siebie i swoje granice to jak najbardziej można. Znam więcej osób z zaburzeniami, którym się to udało.

Chaos

Więc jak wygląda życie po terapii?

Wyobraźcie sobie rzekę i siebie na tratwie. Życie z borderline jest jak leżenie na niej, będąc kurczowo uczepionym drewnianych bali, podczas gdy nurt cię niesie, a ty starasz się nie spaść. Czasem spadasz i wspinasz się znów. Czasem doceniasz pęd powietrza i wodę tryskającą w twarz, ale głównie czekasz, aż jazda się skończy. Gdy się kończy i wypływasz na spokojne wody, ledwo masz siłę żeby żyć. Zresztą wiesz, że zaraz czeka cię kolejny szaleńczy pęd.

Wolniej, spokojniej

Życie po terapii jest jak sterowanie tą nieszczęsną tratwą na szerokiej, w większości spokojnej rzece. Musisz wiosłować, czasem poruszasz się naprawdę powoli, musisz wybierać odpowiednie odnogi i omijać te z niebezpiecznymi wodospadami, nawet gdy czasem przyciągają oferując szaleńcze emocje albo drogę na skróty.
Jest wolniej, spokojniej, czasem nawet nudno, trzeba się starać i wiosłować, ale przynajmniej masz czas, by podziwiać piękne widoki zamiast wypatrywać końca.

Chaos

Czasem mam wrażenie, że chaos siedzi ze mną na tratwie i kusi:
“No chodź, daj się ponieść. Ja się wszystkim zajmę, ty tylko ciesz się jazdą. Poczuj, że naprawdę żyjesz! Takie wiosłowanie jest nudne!”

Przypominam sobie wtedy,ile razy byłam wykończona, pokaleczona fizycznie i psychicznie i ile razy to poddanie się impulsowi i zrobienie czegoś, co miało pozwolić mi “poczuć że naprawdę żyję” sprawiało, że chciałam umrzeć. I nie chodzi o szukanie w życiu adrenaliny, bo adrenalina jest w porządku. Można zaplanować skok ze spadochronem, latać na paralotni, skoczyć na bungee… Chodzi o te momenty, gdy los kusi, by zrobić coś destrukcyjnego, co podkręci emocje do maksimum, a jednocześnie może zniszczyć związek, pozbawić cię pracy, zagrozić życiu czy zdrowiu albo wpędzić w długi finansowe.

Ajahn Brahm, Dyrektor ds. Duchowych Buddyjskiego Towarzystwa Stanu Australia Zachodnia, powiedział w jednym ze swoich wykładów, że “Spokój to najwyższe szczęście” i dziś się z nim zgadzam, chociaż czasem trzeba mi o tym przypomnieć.