Nowa historia osoby cierpiącej na zaburzenie osobowości z pogranicza, jak zawsze odważna i dająca nadzieję, która jest tak potrzebna. Odnośnie tych historii:

Komentarze mogą być odsyłane do autorów, więc mogą pojawić się z opóźnieniem lub wcale.
Odnośniki są dodawane przeze mnie tak samo jak śródtytuły.

Chciałabym też podkreślić, że wszelkie szczegóły (w każdej historii) są zmienione, by osoba nie mogła zostać rozpoznana, więc, jeśli się komuś wydaje, że zna tę osobę, to wrażenie przypadkowe.

Zaburzenie Osobowości z Pogranicza- Moja historia- Mallowhedge

Nie chciałem tego pisać. A świadomość, że powstrzymuję się bo unikam nie wystarczała żeby zacząć. Dzisiaj zobaczyłem jak Mrówczyńska zrobiła internetowy test zaburzeń. Też zrobiłem i wyszło jak zwykle. Mimo, że wybierałem odpowiedzi świadomie, kierując się stanem z ostatnich trzech miesięcy, nie sprzed 3 lat kiedy spędziłem kilka cotygodniowych sesji na odpowiadaniu na, dopytywaniu o, i zastanawianiu się nad pytaniami ze SCIDa-II.

Biorę sobie coś z tej złości i piszę

Złość. Bo pięciominutowy internetowy test powiedział mi, że spełniam kryteria diagnostyczne. Więc biorę sobie coś z tej złości i piszę, że spełniam. Boże “jestem” borderem nie lubię myśleć. Poza tym co ze mnie za border. Chyba bardziej unikający, na spektrum narcyzmu w tym miejscu, o którym Malkin mówi, że jest wyjątkowe. Schizotypowy jedną nogą. Stary, dobry Millon próbowałby wrzucić mnie w typ zniechęcony ale, kto wie, może wyślizgnąłbym mu się i wpadł w autodestrukcyjny. Zresztą, już nie lubię Millona. Nie ufam mu, tak samo jak nie ufam psychiatrze, która kazała mi szukać Jezusa, ani innemu, który w 5 minut przepisał mi Topamax.

Odrzucenie

Nie utrzymuję kontaktu z borderką, która powiedziała mi, że jestem taki sam jak ona i namówiła na telefon do ludzi z PTDBT i te diagnostyczne sesje. Nie rozmawiam też z przyjaciółką z grupowej terapii zaburzeń lękowych, która po latach leczenia, terapii i pobytach w IPiNie stwierdziła, że daleko mi do jej znajomych BPD. Fakt, nikt nigdy nie zaproponował mi psychiatryka. I dobrze bo nie lubię grup, ani wchodzić w relacje. Bo przecież wiem, że nie utrzymam – a właściwie, że przesadzę, wejdę za mocno i za głęboko, potem się wycofam, albo odrzucę zanim mnie odrzucą i będzie bolało.

Relacje Bolą

Lepiej skorzystać chwilowej idealizacji kogoś nowego, albo polegać na decyzji drugiej strony że tak jak teraz nie da się z mną utrzymywać znajomości, chociaż ból straconych relacji lubi wracać. Wtedy powtarzam sobie, że to dla dobra wszystkich zaangażowanych. Powrót to kolejne ryzyko serii zranień i rozstania. Nie wolno dręczyć sobą ludzi, których się kocha. Aż się dziwię, jak często wracam do tej myśli. I jak dużo mniej “moja” jest teraz niż trzy lata temu. Przez pierwsze trzydzieści kilka lat życia nauczyłem się, że relacje bolą. I że zupełnie nie panuję nad tym czymś co kaleczy, zwija i skręca się wewnątrz mnie i nie daje się określić słowami a wypełza za każdym razem kiedy pora się żegnać. Albo kiedy ktoś spojrzy nie tak. Albo nie spojrzy.

Dzieciństwo raczej normalne

Dzieciństwo raczej normalne, chociaż rodzice zawsze wiedzieli co będzie dla mnie najlepsze i trochę za bardzo się starali żebym nie zszedł z wytyczonej przez nich ścieżki na jakąś własną. Gdyby nie unikanie bycia sobą pewnie trafiłbym do psychiatry wcześniej. I to może byłoby dla mnie dobre. Byłbym trudnym nastolatkiem. Zamiast tego zostałem cichym. Unikanie pozwoliło mi skończyć studia. Chociaż trochę za bardzo unikałem grupowych zajęć.

Nieadaptacyjne, skuteczne strategie

Czasem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dostałem – wypracowałem sobie? – całkiem skuteczny zestaw schematów i może nieadaptacyjnych, ale skutecznych strategii. Z mniej kontrowersyjnych sukcesów: stworzyłem jeden, trwały (bo raczej nie “stabilny”) związek, którego trzymam się od prawie 20 lat – chociaż nie unikałem uwikłania w rozmaite bardziej i mniej przypadkowe kontakty. Pracuję sam, często z domu, a na roboczych spotkaniach trzymam się swojej roli i chowam za językowymi schematami tak jak teraz. Ale nie zacząłem tego pisać żeby się chować.

Niech ból się skończy!

Właściwie nie wiem dlaczego samobójstwo zawsze wydawało mi się naturalną decyzją na moment kiedy życie będzie zbyt bolesne a częstotliwość przyjemnych chwil spadnie do poziomu nie do zniesienia. Drobne, naprawdę drobne samouszkodzenia i fizyczny ból pozwalają sprowadzić ten emocjonalny do namacalnej – określonej formy, którą daje się jakoś zarządzać. Następujące po sobie okresy zrzucania z siebie ciężaru za pomocą ćwiczeń i wypełniania wewnętrznej pustki jedzeniem dają tymczasową ulgę. Na dłużej zostaje tylko twarda skóra na zewnątrz i lodowy pancerz od środka. Nigdy nie planowałem w jaki sposób się zabić. Kilka razy złapałem się w pół kroku – dosłownie – taras na najwyższym piętrze zapadany śniegiem, zimno w stopę i świadomość, że nie wiem kiedy otworzyłem drzwi wracają do mnie kiedy wydaje mi się, że nie mam czasu na medytację.

Co mogę sam dla siebie zrobić?

Przełomowy był dzień, kiedy pierwsza terapeutka odwołała za późno sesję. Jej godzinowa stawka starczyła na pomarańczową i zieloną książkę Linehan i coś Kabat-Zinna, z którymi przesiedziałem dużo dłużej niż godzinę. Drugą sesję, tydzień później, w ramach rekompensaty dostałem za darmo. Znów coś kupiłem – wtedy pewnie jeszcze nie ACT, IFS i RO-DBT – pojawiły się później. Rzecz w tym, że mając prawie 40 lat zacząłem po raz pierwszy zastanawiać się co mogę sam dla siebie zrobić. W panice, że dopiero teraz. A książki wychodzą z kontaktów ze mną mniej poranione od ludzi.

Uczucia próbują się przebić przez lód

Byłem w miejscu, w którym to, żeby zadzwonić do terapeutki z dowolnym problemem musiałem dostać jako obowiązkową pracą domową. Nie jest łatwo sięgać po pomoc kiedy wszystko podpowiada, że na nią nie zasługujesz, nie potrafisz skorzystać, a w ogóle jest mnóstwo ludzi w o wiele gorszej sytuacji, którym nikt nie pomaga.

Mniej więcej tak czułem się w grupie CBT. Trochę faktycznie nie potrafiłem skorzystać, trochę złamałem zasady, ale nawet w części nie na tyle żeby wypaść. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że to co mnie od środka wykręca to uczucia, które próbują przebić się przez lód i uzewnętrznić. Jeszcze później przekonałem się że uzewnętrznione wykręcają mnie… właściwie tak samo, ale może mniej kaleczą.

Wychodzenie z szafy – mówienie o trudnych emocjach

Mówienie o trudnych emocjach nadal podcina mi gardło ale pomaga prowadzenie dziennika, pisanie od czasu do czasu, trochę publicznie, więcej wyłącznie dla siebie. Zadawanie sobie pytań, sięganie palcami stóp poza krawędź albo jeszcze lepiej spacer wzdłuż urwiska, i wreszcie wychodzenie z szafy – mówienie o trudnych emocjach. Nadal podcina mi gardło, ale pomaga. Raz za razem.

Zaczynam radzić sobie coraz lepiej

Z czasem, przez większość czasu, zaczynam radzić sobie coraz lepiej. Chwile kiedy sobie nie radzę są krótsze, powrót do nieprzerażającego zakresu emocji szybszy, a wstyd “po” czasami udaje się ukoić
współczuciem. Nawet wartości udało mi się określić. Trochę okrężną drogą i nie czuję, że są naprawdę moje, intuicyjnie – pustka, ale mogę się nimi kierować i mieć poczucie satysfakcji z robienia rzeczy, do których mnie prowadzą. Przynajmniej do chwili kiedy coś nie tąpnie.

Umiejętności DBT = siatka bezpieczeństwa

Umiejętności DBT, właściwie nigdy formalnie nie przećwiczone, to trochę siatka bezpieczeństwa w takich sytuacjach – dziurawa, ale zawsze. Radykalna otwartość to bardziej perspektywa niż codzienne narzędzie. Akceptacja i zaangażowanie dają wolę i wskazują kierunek, rozmawianie z wewnętrznymi częściami – a właściwie wyprowadzanie ich na zewnątrz, stawianie u podnóża góry lodowej zanurzonej w oceanie… Przynajmniej wiem skąd te metafory.

Dosłowność smaku krwi w ustach, drżących rąk i krótkiego oddechu w trakcie rozmowy jest taka łatwa do odnotowania i określenia. Nie ma wiele wspólnego ze świadomością siebie. Nie określa kim jestem. Jestem procesem. Jestem w procesie? Każda z moich części jest. I tylko czasami wydaje mi się że idą w jednym kierunku – częściej, że każda ciągnie gdzie indziej.

Dobrych dni jest więcej niż złych

Dobrych dni jest więcej niż złych. Sporo jest takich, które mogłyby pójść gorzej gdybym o nie nie zadbał. Nadal łatwiej dbać o dni niż o siebie bo ten brak samookreślenia wraca. Tylko że pustka w środku nie jest taka bolesna, te cięcia to czasami części, które potrzebują się odsunąć. Ukłucia to sygnały że dzieje się coś ważnego czemu warto się przyjrzeć. Jeśli coś się w środku zwija i skręca to mogę się tym zaopiekować. Na razie nie muszę wiedzieć co to jest, umieć tego nazwać, ani tym bardziej kontrolować, regulować… mogę z tym posiedzieć.

3 lata i wiem więcej niż przez 30 poprzednich

W ciągu trzech lat dowiedziałem się o sobie więcej niż przez ponad trzydzieści lat, które pamiętam. Dogrzebuję się siebie chaotycznie, chwytając się coraz to innego trzyliterowego skrótu. Zacząłem od dobrej terapii, potem bywało raz lepiej, dwa razy gorzej, ale kiedy przychodzi kryzys sprawdzam, że nadal mam numery do tych lepszych razów i jeśli czuję, że mogę to czekam z telefonem 24 godziny. Potem nie dzwonię bo czuję, że mogę. Może powinienem. A może powinien ktoś kto ma gorzej. Albo komu łatwiej skorzystać. Który to schemat? Znowu unikanie? Poczucie, że jestem niezniszczalny? Posiedzę sobie z nimi i zobaczę co do mnie od nich przyjdzie. Posłucham co mi dają. Czasem z kimś porozmawiam, tylko nie za blisko, i nie za szybko żeby nie skoczyć głową w dół w relację, w której zgubię się.

Nie oceniam, jestem gdzie jestem

Patrzę na poprzednie zdanie i nie mam ochoty go zmieniać. Zakończenia nie są łatwe, nie miało wyjść “jakieś”: pozytywne, dające nadzieję, ani dołujące. Nie oceniam. Jestem w miejscu w którym jestem, nie byłoby mnie w nim gdyby nie splot okoliczności, decyzji, unikania, sprawczości, błędów i sukcesów – jutro będę gdzie indziej. Zamiast zmieniać ostatnie zdanie (które już nie jest ostatnie) , w razie czego zmienię to miejsce, albo siebie, albo chociaż perspektywę. Albo poczekam na pojutrze i zobaczę gdzie wtedy będę.