Dostałam wczoraj pierwszego maila z historią z naszego kraju, chociaż autorka mieszka już od dłuższego czasu za granicą. Bardzo dziękuję Ci Metaforo za odwagę i wzruszającą opowieść. Chciałabym dodać, że naprawdę są różne metody, które mogą pomóc w wielu objawach.

Teraz bez zbędnego lania wody daję Wam tą niesamowitą opowieść od czytelniczki. Jak wspomniałam tutaj, komentarze będą moderowane (zdecydowałam, że będę je wysyłać do autorki tekstu, więc proszę się nie dziwić, że mogą się pojawiać z opóźnieniem).

 Moja historia BPD-Metafora

Na myśl, że będę pisać o swoim życiu i ktoś to przeczyta – rozpłakałam się. Nie jest to mój pierwszy raz… jednak do tej pory miałam wrażenie, że opowiadam fabułę filmu;  historię, która wydarzyła się gdzieś poza mną… Dziś zaczyna docierać, że to moja historia.

Nie wiem, od czego zacząć. Może od początku.

Urodziłam się w momencie, gdy moi rodzice wiedzieli już, że ich związek jest pomyłką. Rozstali się, gdy byłam oseskiem – wielkim problemem dla obojga, bo żadne nie chciało podjąć się roli rodzica. Ojciec ruszył w świat, mama – chwilę potem – znalazła miłość swojego życia i również ruszyła; zostawiła mnie u swoich rodziców. Pierwsze lata spędziłam zatem u dziadków. W wieku lat trzech mama postanowiła mnie zabrać do nowego domu. Spędziłam tam 4 następne lata, by – w wieku lat siedmiu – uciec z powrotem do dziadków. Niewiele pamiętam z okresu spędzonego z matką; emocje, które towarzyszą wspomnieniom z tamtych lat to uczucie wielkiej szarości: samotności, zimna i pustki. I rywalizacji z młodszym rodzeństwem, w której byłam bez szans. Brzydkie, dziwaczne i sikające do łóżka dziecko, które nie umie się bawić w grupie i najchętniej chowa się po krzakach.

Okres szkolny u dziadków wspominam jako słonecznie żółty. Czułam się bezpiecznie, chociaż chwilami czułam się jak argument w nieustannej walce pomiędzy dziadkami, a matką. Ale poprawiłam oceny w szkole, miałam koleżanki, zabawki, czyste włosy i ubrania. Przestałam się wstydzić swojego zaniedbania, brudu. Wreszcie ktoś mnie dostrzegał, może nawet lubił.

Początkowa sielanka zaczęła zamieniać się w koszmar. Coraz częściej wybuchały kłótnie, słyszałam wiele wulgaryzmów; moja rozkwitająca kobiecość została brutalnie sponiewierana tekstami typu: ‚No, teraz jak masz okres, to zaczniesz się ku#wić’. Nie pozwalano mi się myć, malować, nosić krótkich spódniczek. Spotkania z rówieśnikami były silnie okrojone i kontrolowane. A moje zainteresowanie seksem rosło – w dodatku czułam fizyczny pociąg do obu płci. Całą energię zużywałam na czytanie – to była moja ucieczka od rzeczywistości.

W wieku 14 lat, usłyszawszy, że dziadkowie postanowili się rozwieść – podjęłam decyzję o odebraniu sobie życia. Odratowano mnie. Uznano, że to z powodu pierwszego zawodu miłosnego. Dziadkowie zaś rozpoczęli życie w separacji. Znowu byłam argumentem w nieustannym konflikcie: między babcią Świadkiem Jehowy, a dziadkiem – ateistą z lekkimi skłonnościami ku katolicyzmowi (pewnie po rodzicach). Sama – nie mając wyboru –  od początku uczestniczyłam w jej działalności religijnej, chociaż szczerze tego nienawidziłam. Sercem byłam po stronie dziadka, bo mimo wszystko mogłam liczyć na trochę ciepła –  choć nienawidziłam go za wulgarność. Kochałam babcię, ale przeszkadzał mi jej chłód i dystans. W wielu lat nastu tak bardzo już nie utożsamiałam się z religią babci, że wykluczono mnie ze zboru SJ. Babcia wykluczyła mnie z serca.

Atmosfera w domu nieco odbiła się na mojej edukacji. Szkołę podstawową skończyłam z dobrymi wynikami, ale pierwszy rok średniej był już trudny. Intelekt, oczytanie, którym mogłam imponować w podstawówce, przestał się liczyć w zetknięciu z młodzieżowym lansem – na który nie mogłam sobie pozwolić. Czułam się wyobcowana, nielubiana, pogardzana. Chciałam zmienić szkołę, ale na dalszą edukację nie było pieniędzy. Zadecydowano, że powinnam pójść do pracy.

Pracowałam pół roku jako pomocnik kuchenny. W międzyczasie zaliczyłam poznałam chłopaka. Zaszłam w ciążę. Z braku jego zainteresowania, ze strachu przed konsekwencjami (dziadkowie: ‚jeśli przyjdziesz z brzuchem, wypie#dalaj na ulicę!’) usunęłam ją. Związałam się z kolejnym – dużo starszym mężczyzną, który robił mi nadzieje na lepsze życie. ‚Dzięki’ niemu trafiłam do klubu go-go. utrzymywałam go przez jakiś czas.

W klubie poznałam kolejnego mężczyznę, zakochałam się. To była trudna miłość. I kolejna próba samobójcza. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że życie mnie przerasta i zwróciłam się o pomoc do psychiatry. Dostałam antydepresanty.

Zaszłam w ciążę. Usunęłam, gdy dotarło do mnie, że partner ma problem z alkoholem i przemocą. Po kolejnej awanturze z rękoczynami odeszłam.

Poznałam kolejnego mężczyznę, zakochałam się, rzuciłam nocne życie i pracę. Znowu ciąża. Tym razem jednak było inaczej. On przekonał mnie, że damy radę. Był inny: ciepły, wrażliwy, uważny. Uwierzyłam, urodziłam. Zaraz po porodzie sięgnęłam po antydepresanty, bo okazało się, że jego rodzice nie o takiej synowej marzyli. I dawali mi to odczuć na każdym kroku. On się odsunął, nie chcąc wybierać pomiędzy matką, a mną.

Poznałam kobietę, zakochałam się. Spotykałyśmy się z początku w ukryciu, ale ona chciała jawności, wspólnego życia, mieszkania, wychowywania mojego dziecka. Nie potrafiłam się na to zdobyć. Po raz pierwszy miałam rodzinę, dom i myśl, że mogłabym wszystko postawić na niepewność – zwyczajnie mnie przerażała. To był bardzo trudny związek, pełen napięć, gwałtownych rozstań, powrotów. Myślę, że ona też była bpd.

W międzyczasie zaczęłam uczęszczać na psychoterapię. Mąż, stojąc przed wizją sypiącego się związku i rozwodu, również pofatygował się do psychoterapeuty. Nie wiem, co usłyszał, ale to mocno wpłynęło na jego postawę. Zaczął odcinać się od matki. Właściwie szarpać i próbować myśleć samodzielnie; chyba też dostrzegł we mnie coś więcej, niż tylko niezbyt udaną żonę i matkę.

Definitywnie zakończyłam romans z kobietą, uznając, że jednak rodzina jest dla mnie priorytetem. Wyjechałam za granicę. Zaszłam w ciążę, urodziłam kolejne dziecko. Wciąż na antydepresantach, z przerwami – na przekonanie się, że jednak bez nich nie daję rady. Pocieszające było jednak to, że postawiłam się teściom i wreszcie poczułam, co to znaczy być matką.

Dziś dobijam 40-tki. Patrzę na gruzowisko mojego życia. Tylko dzieci są powodem, dla którego chcę się dalej męczyć. Są fantastyczne. Przeraźliwie je kocham, ale matka ze mnie kiepska. Jestem nerwowa, przerastają mnie najprostsze czynności, bo nie mam podzielności uwagi. Nie wierzę w siebie, w swoją znajomość języka obcego, dlatego od kilku lat siedzę w domu – chociaż chciałabym pójść do pracy. Ta dobrowolna izolacja daje poczucie bezpieczeństwa, ale ileż można siedzieć w domu?.. Próbuję więc wychodzić, ale na zewnątrz dopadają mnie lęki. Wracam więc do domu… i koło się zamyka. Uciekam w internet i jedzenie – to moje nałogi. W ciągu 10 lat przytyłam 30 kg. Mam poczucie gigantycznej rezygnacji, jeśli chodzi o siebie. Każdego dnia walczę: z codziennością, nerwowością, lękami, niechęcią ludzi. Brakiem zrozumienia ze strony męża, który uważa mnie za lenia i dziwadło. Dbam o rodzinę, ale nikt nie wie, ile wysiłku mnie to kosztuje. Gdy próbuję o tym rozmawiać, koleżanki patrzą na mnie, jak na kosmitkę. Bo im wszystko tak łatwo i naturalnie wychodzi…

Jestem bardzo zmęczona. Wydaje mi się jednak, że – mimo wszystko – jestem teraz stabilniejsza. Chyba łatwiej mi panować nad emocjami. Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy świadomość, że mam swoje miejsce na ziemi.