Kolejna historia BPD, zwracam uwagę, że była pisana przez dłuższy czas i widać różnicę między początkiem, a zakończeniem. Jak zwykle szczegóły zostały zmienione, by uniemożliwić rozpoznanie.

Jak wspomniałam tutaj, komentarze będą moderowane (zdecydowałam, że będę je wysyłać do autorki tekstu, więc proszę się nie dziwić, że mogą się pojawiać z opóźnieniem).

Tę książkę dedykuje mojej rodzinie oraz tym, których moja choroba wykończyła, których moje dwie różne twarze zraniły.
Przyjaciołom, których zbyt wielu nigdy nie miałam.
Wszystkim tym, którym borderline zniszczyło wiele lat życia.
Wstęp : Sama nie wiem, czy pisząc tą książkę robię właściwy krok, nie wiem też, czy powinnam opisywać w niej drastyczne sceny, momenty, które w moim życiu wiele namieszały. Nie mam pojęcia, jaki typ książki to jest. Czy to pamiętnik? Czy poradnik? Czy po prostu książka z przeprosinami, aby samej sobie oczyścić sumienie.
Myślę, że kiedyś ktoś ją po prostu przeczyta. I nie będzie oceniał jej tylko po okładce, tak jak oceniali ludzie do tej pory mnie. Mam nadzieję, że ja, jako chora na zaburzenia osobowości borderline Maria, nie będę ciągle spostrzegana, jako psychol, czy psychopata. Niestety te epitety najlepiej określają moje dotychczasowe życie. Ludzie z borderline tak naprawdę nie wiedzą sami kim są, mogą mieć wysokie kompetencje, trudno im osiągnąć w życiu coś dobrego . Najbliżsi nie są w stanie z nimi wytrzymać, w sumie … nie są w stanie wytrzymać z ich chorobą. Osoby z problemem zaburzeń osobowości typu borderline tak naprawdę nie widzą w sobie problemu, nie wiedzą do końca, co zachodzi w nich od środka. Osoby z borderline mają zaniżoną samoocenę, nic im się nie udaje, wszyscy są przeciwko nim. Ale największym problemem jak dla mnie – chorej na zaburzenia osobowość borderline jest to, że tak naprawdę sama nie wiem kim jestem. Przedstawiam różne obrazy siebie, tak jakbym miała kilka twarzy. I to niekoniecznie dobrych. Potrafię czasami myśleć racjonalnie, a czasami po prostu zachowuję się tak, jakbym była niespełna rozumu, jakbym była nietrzeźwa umysłowo.
Ogromny problem sprawia mi odnajdywanie się w świecie, który do dziś zostaje niezrozumiany przeze mnie. Mam też trudności w relacjach z ludźmi, nie potrafię utrzymać długiej znajomości z rówieśnikami, ze wszystkimi moimi byłymi przyjaciółmi było zupełnie tak samo. Próbowałam podlizywać się, starałam się, by nie odeszły, bym nie została porzucona. A kiedy przychodziło co do czego, sama, z własnej głupoty niszczyłam wszystko to na czym zależało mi najbardziej. Niby byłam w stanie się starać, ale z drugiej strony w ogóle nie doceniałam obecności tych wszystkich osób, które we mnie wierzyły. Byłam gotowa je wyśmiać, poniżyć, obrzucać błotem, ale w głębi duszy wiedziałam, że swoje też mam za uszami. Ciągle mam problem z granicami, które non stop przekraczam. Nie potrafię wybrać właściwej ścieżki, nie potrafię postawić sobie celu do którego chciałabym dążyć. Najgorsze jest to, że nie wiem czy potrafię prawdziwie kochać.
Wyżej opisałam Wam – czytelnikom, z grubsza sprawę i potworne choróbsko, o którym będę tutaj pisać. Może teraz zacznę opowiadać swoje życie, które nie było łatwe. Mam na imię Maria, mieszkam za granicą ze swoim chłopakiem. Interesuję się fotografią, muzyką.
Borderline zdiagnozowano u mnie jakiś czas temu po pobycie w szpitalu psychiatrycznym, nie był to mój pierwszy pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Na swoim koncie mam lata terapii, spotkań z psychologami, psychiatrami, kilka prób samobójczych i pobyty w szpitalach, które nic poza różnymi diagnozami nie dały. Już nie pamiętam jak to jest cieszyć się normalnym życiem. Co ja w ogóle piszę. Ja normalna nie będę nigdy, jakaś część mnie zawsze będzie wracać do paskudnej przeszłości, do nieuleczalnej choroby psychicznej, która o mały włos nie zaprowadziła mnie na tamten świat. Zastanawiam się, czy za wszystkie swoje czyny trafiłabym do nieba, w które wielu ludzi wierzy, czy do piekła, które tak bardzo straszy wielu ludzi? Kim tak naprawdę jestem? Od dziecka sprawiałam mamie kłopoty… Piszę mamie, bo ojciec wybrał wódkę, niż życie rodzinne. Zawsze byłam trudna, nikt nigdy nie potrafił postawić mnie do pionu. Wszystko, co chciałam wymuszałam na każdym wrzaskiem, tupaniem, krzykiem. To były pierwsze objawy tej paskudnej choroby. Z czasem, gdy dorastałam mój charakter się zmieniał, zmieniałam się ja. Zaczęłam manipulować ludźmi, skłócałam ich i wiem, że to okrutne, ale lubiłam, kiedy cierpieli. Gdy byłam już nastolatką zaczęłam myśleć pesymistycznie. Nic nie sprawiało mi radości, nie potrafiłam utrzymać na dłuższą metę żadnego hobby. Twierdziłam, że nie nadaję się do niczego, bo jestem gruba, brzydka i głupia. Chciałam, żeby ludzie czuli się tak jak ja, żeby przeżywali to co ja.
Z czasem się poprawiało, potem znów psuło. Nie potrafię opisać tego, co wtedy działo się ze mną od środka. To tak jakby były dwie Marie, jedna – dobra, miła, koleżeńska, a druga – zła, wredna, bezczelna, sprawiająca przykrość innym. Nie umiem też powiedzieć dlaczego były dwie osoby w jednym ciele. Na początku mama myślała, że to okres dojrzewania jednak, gdy moje zachowania z dnia na dzień pogarszały się i nie były objawem buntu nastolatki mama zaczęła prosić o pomoc psychologów, pedagogów, aż w końcu psychiatrę. To działo się latami, lata bezsensownych spotkań z psychologiem, który przez całą naszą pseudo terapię sprawdzał, czy potrafię rysować, pisać, czytać. Nigdy tak naprawdę nikt nie pytał, co dzieje się w domu, gdy zostaję sama z rodziną. Nie wiedzieli, że nastolatka jest zdolna do terroru na własnej rodzinie. Mama moje wybryki, a właściwie schizy, o jakich nie macie pojęcia, nazywała szajbami, jazdami. Długi czas czułam się gorsza od innych, nie akceptowałam siebie. Miałam kilka prób samobójczych… zobaczyłam, że tak naprawdę moje problemy i pustka, jaką miałam w sercu zaczęły narastać i robić się coraz większe. Poczułam, że już jest czegoś za dużo, że nie potrafię sobie poradzić. Czułam ogromny ból w sercu i jakiś żal. Nie wiedziałam do kogo, myślałam na początku, że mam przede wszystkim żal do siebie, że tak wyglądam, że jestem osobą, która nie mieści się w szablonie gimnazjalistek, nastolatek, że jestem inna, po prostu gorsza. Tak się czułam przez długi czas. To spowodowało, że zaczęłam chodzić na wagary i kłamać, dlatego, że było to normalne i chciałam się przypodobać moim znajomym. Po pewnym czasie (trwało to około półtora roku) zaczęłam mieć myśli samobójcze. Uważałam, że nie powinnam już dłużej być na tym świecie, dlatego, że jestem beznadziejna i do niczego się nie nadaję. Postanowiłam, że się zabiję. Tych prób samobójczych było kilka i żadna się nie udała. Momentem, kiedy zaczęłam zadawać sobie pytanie o sens życia, był moment, kiedy straciłam bliską osobę, była to moja babcia. Dla babci byłam kimś szczególnym, dla mnie ona również była kimś szczególnym. Miałam niesamowite doświadczenia ze strony tego człowieka, miałam wrażenie, że ona nie widzi moich wad, a miałam ich mnóstwo. Ona ich zdawała się nie widzieć. Z jej strony widziałam mnóstwo akceptacji, miłości, pozytywnej energii w stosunku do mnie. W pewnym sensie przyzwyczaiłam się do tego, że babcia po prostu była . Kiedy jej zabrakło, zmarła, powstała dziura. Wtedy zdałam sobie sprawę, że żyłam na gruncie akceptacji i miłości, którą ona mi okazywała, ale kiedy jej zabrakło powstała wielka pustka, którą próbowałam w różny sposób zapełniać. Natomiast nic nie pasowało.
Po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że moje wybory stają się równią pochyłą w dół i z miesiąca na miesiąc, z chwili w chwilę, zaczęłam podejmować decyzje, które mnie niszczyły. Bardzo duży wpływ miało na mnie to, co mówili o mnie inni, a jako, że w moim życiu zaczęły też dziać się złe rzeczy, usłyszałam też dużo złych myśli, w które zaczęłam wierzyć. Szukałam szczęścia, ale nie dawały mi go nałogi, używki ani relacje z ludźmi. Po pewnym czasie znalazłam się na dnie. Sama, na pustym dnie. I nie było dla mnie ratunku. Dziś, kiedy jestem po wielu hospitalizacjach, po wielu rozmowach, wielu próbach naprawiania czegokolwiek nadal jestem na dnie. Po prostu nie potrafię podnosić się wciąż od nowa. Nie umiem radzić sobie ze swoimi emocjami. Ciągle coś mnie niszczy, od środka. Nie daje mi szans na wygranie. Nie wierzę już w nic. A na pewno nie w to, że na szczęście zasługuję ja. No bo jak? Jak na szczęście może zasługiwać osoba, która zniszczyła życie wielu ludziom. Zastanawiam się w jaki sposób niszczyłam im życie ja sama, moja osoba, a ile moja choroba, te cholerne, kurewskie borderline. Mama twierdzi, że ogromnym sukcesem dla mnie jest to, że potrafię się do tego przyznać,że mam świadomość że jestem chora, ale co z tego? To jest matka, ona zawsze będzie mówić wszystko, by utrzymać mnie przy życiu. Co z tego, że wiem o tym,że borderline jest częścią mojego życia, tą paskudna częścią. Skoro ja nie potrafię z tym walczyć? Każdego dnia budzę się i wcale nie jest to dla mnie powód do radości. Wolałabym nie żyć, niż żyć i mieć świadomość, co zrobiłam jedynym ludziom, którym na mnie zależało. Świadomość tego, że jestem,że żyję, że oddycham,że pracuję to dla mnie udręka. Jak taki potwór jak ja może jeszcze żyć? I to w związku z najwspanialszym facetem na świecie? Jak? Powiedzcie jak? Przecież to absurd.
Co do mojego związku. Kocham go… jak nigdy nikogo, oddalam mu się bez wahania. Moja miłość do niego rośnie, z dnia na dzień coraz bardziej, ale nie potrafię żyć w myśli, że kiedy borderline znów uderzy on będzie cierpiał. Przecież W na to nie zasługuje. Po prostu nie zasługuję na to, by walczyć zamiast o samą mnie, o nas. Nie mam na tyle sił, by próbować mnie ratować tak jak kiedyś inni. Nie chcę, by cierpiał, a wiem, że ja i moja choroba do tego doprowadzimy. Są dni kiedy bardzo bym chciała, by wrócił i powiedział mi, że zakochał się…że jest szczęśliwy… Myślę, że wtedy odetchnęłabym z ulgą wiedząc, że ma kogoś bez borderline, kogoś normalnego… Bo przecież ludzie z borderline nie są normalni. Bynajmniej tak mi się wydaje. Wiem, że to mam ale co z tego skoro nic nie robię, by z tym walczyć? Nie potrafię żyć sama ze sobą w zgodzie. Nie potrafię sobie wybaczyć, że skrzywdziłam rodzinę. I resztę znajomych, którzy nie byli niczemu winni. Nie potrafię żyć z myślą, że to przeze mnie i że oni nigdy mi nie wybaczą. Mimo, że bardzo bym tego chciała. Oni nie chcą ze mną rozmawiać… Może mnie nienawidzą? A może kochają. Nie wiem. Myślę, że nienawidzili mojego zachowania, a nie samej mnie… Boje się przyszłości… To zależy, co nazwiemy przyszłością. Czy najbliższy dzień, tydzień, rok? Czy może lata, w których będziemy już starzy i niedołężni. O najbliższą przyszłość się nie boję. Martwi mnie za to sytuacja, kiedy nie będzie już moich rodziców, wszak oni stanowią moją podporę. W zasadzie nie wyobrażam sobie tego. Nie potrafię wyobrazić sobie czasu, kiedy mamy już nie będzie.. bo przecież kiedyś przyjdzie czas, że odejdzie? Wtedy będę wiedziała, że odeszła przeze mnie… Jestem egoistką i egocentryczką. Z reguły sprawiam wrażenie silnej osoby, która jest całkowicie niezależna, jednakże to tylko pozory. Tak naprawdę boję się samotności i odrzucenia, jednocześnie robię wszystko, żeby moje relacje z ludźmi były najbardziej toksyczne jak się da. Wielką trudność sprawia mi poznawanie ludzi i zaufanie im. Z jednej strony chcę być sama, nie licząc na nikogo, zaszyć się w domu, natomiast z drugiej strony chcę mieć mnóstwo znajomych, przyjaciół móc wychodzić z nimi czuć się potrzebna. Kolejnym problemem jest desperacka chęć bycia potrzebną i zauważaną, robiłam i robię rzeczy niewyobrażalne, żeby tego dokonać (samookaleczanie się). Moje zmiany nastroju są dla mnie ogromną zmorą. Mogę być czymś maksymalnie podekscytowana, by chwilę później z tego powodu płakać i dojść do wniosku, że jest to beznadziejne. W związkach w jednej chwili kocham kogoś a sekundę później już nienawidzę. Czuję jakby się działy we mnie 2 różne osoby, jednak nie umiem zapanować nad tą złą. Jestem chorobliwie zazdrosna, doszukuję się wszystkiego co najgorsze w zwykłych rozmowach. Czuję się ciągle oszukiwana. Ranię najbliższych bardzo mocno, co niestety daje mi satysfakcję. Lubię zadawać bliskim ból i „pastwić” się nad nimi. Uwielbiam się kłócić, praktycznie robię wszystko, żeby ze zwykłej rozmowy dojść do kłótni, gdzie będę mogła wyżyć się. Nie umiem rozmawiać twarzą w twarz, jeśli rozmawiam z najbliższymi przez internet mogę im powiedzieć najgorsze rzeczy jakie mogłyby paść w ich stronę, jednak bezpośrednio nie umiem im tego powiedzieć. Nie umiem również podejmować poważnych decyzji w życiu, bo co chwilę zmieniam zdanie. Mam do wszystkiego słomiany zapał. Póki jestem sama wszystko jest ok, jednak jeżeli mam kontakt z bliskimi mi osobami (np. jeśli jestem w związku) to wszystko co najgorsze wychodzi na wierzch. To co jest we mnie niszczy mnie powoli. Próbowałam zmienić się, myślałam, że to kwestia mojego charakteru jednakże nic nie umiem na to poradzić, nie umiem nad tym zapanować…

Tę historię piszę już drugi rok, być może będzie kiedyś z tej spowiedzi książka, która wielu ludziom pomoże wygrać walkę z paskudztwem jakim jest BORDERLINE….
Teraz toczę tę bitwę każdego dnia na nowo, jest coraz lepiej, bo zdarzy się , że to nie borderline wychodzi na prowadzenie lecz ja. Czasami wciąż życie daje mi po tyłku, ale staram się stawiać czoła, a nie chować głowę w piach. Mówię otwarcie o tym, że mam borderline, że po prostu jestem chora, co wcale nie oznacza, że całą winę za swoje dotychczasowe zachowanie zganiam na te wstrętne choróbsko. Wiem po prostu, że jeśli potrafię przyznać się do choroby jest już to połowa sukcesu. Każdego dnia czytam, co najmniej dwa artykuły o BPD, udzielam się na forum, poznaję ludzi z problemem BPD. Myślę, że jeszcze trochę i pokonam choć w połowie tę zarazę. Niestety na 100% nie jestem w stanie się jej pozbyć. Ale teraz jestem pewniejsza samej siebie, nie potrafię się już poddać jak to było kiedyś – na starcie.
BPD, przykro mi, trafiłeś na silnego przeciwnika…