Póki co żadna historia nie została do mnie wysłana, więc wybrałam się na poszukiwania w internetach. Znalazłam historię i autorka pozwoliła na tłumaczenie i publikację, dodając, że cieszy ją, kiedy może pomóc w zrozumieniu tej choroby i dzięki temu pomagać tym, którzy na nią cierpią. Link do profilu Eggyegg, przy okazji ciekawy portal, który umożliwia dzielenie się różnymi doświadczeniami.

Moja historia borderline

Nie jestem elokwentna i nie mam zaufania do swoich umiejętności pisania, ale postaram się opowiedzieć moją historię. Muszę to opisać. Mam nadzieję, że Was nie zanudzę! Postaram się być zwięzła…
Zostałam zdiagnozowana jako borderline około 3 lat temu i od tego czasu moje życie stało się nie do poznania. Cztery lata temu osiągnęłam apogeum – dotarłam do szczytu moich problemów psychicznych, z jakimi walczyłam przez całe życie. Moi synowie byli szczęśliwi i radzili sobie dobrze w szkole. Mieszkaliśmy w cudownym mieszkaniu ze wspaniałym widokiem w miłej okolicy. Miałam świetną pracę, którą uwielbiałam, świetnych kolegów i rewelacyjnego szefa. Miałam wszystko, czego potrzebowałam w życiu, rodzinę, przyjaciół, życie towarzyskie, zainteresowania. Byłam samotnym rodzicem, ale lubiłam to. Życie było piękne.
I potem zaczęłam nowy związek, relacje zawsze wcześniej były moim problemem, bo wydawało się, że uaktywniają wszystkie moje objawy i nigdy się nie udawały. Ale byłam pewna, że tym razem wszystko będzie w porządku, ponieważ starałam się i czułam, że jestem wystarczająco dojrzała, żeby sobie poradzić.
Niestety okazało się, że jest to trudna relacja, obarczona niepewnością i wkrótce zaczęłam się czuć źle. Sprawy miały się coraz gorzej i wkrótce rozwinęłam niezdrową obsesję na punkcie tej osoby i czułam się coraz gorzej. Tak bardzo się wstydzę tego co się działo, że z trudem to piszę, wiem, że mogę być oceniana, i szczerze mówiąc, przyjmę tę krytykę z godnością.
Czułam się coraz gorzej i przestałam w ogóle dbać o siebie, przestałam chodzić do pracy z powodu stałego zwolnienia lekarskiego. Zaczęłam samodzielnie się leczyć narkotykami i alkoholem, co w końcu spowodowało poważne uzależnienie. Mój związek w tym czasie się skończył, co z czasem zaczęłam postrzegać jako błogosławieństwo, ale wtedy jeszcze tak nie myślałam. Wydałam wszystkie pieniądze, co skończyło się eksmisją z mojego pięknego mieszkania. Spędziliśmy święta Bożego Narodzenia koczując w domu przyjaciół. Mój brat mógł nas w tym czasie gościć, jednak my byliśmy praktycznie bezdomni przez sześć tygodni, zanim nie znaleźliśmy innego miejsca, już nie tak miłego i znacznie mniejszego, z wygórowanym czynszem, ale potrzebowaliśmy miejsca i czułam, że nie mamy innego wyjścia.

Jest jeszcze coś, co napawa mnie winą I wstydem. Jak moja choroba postępowała moi chłopcy stopniowo wycofywali się do swojego świata i zaczęli sobie lepiej lub gorzej radzić sami. Rzadko rozmawialiśmy i spędzaliśmy razem czas. Byłam całkowicie niezdolna do opieki nad nimi. Budziłam się każdego dnia, i nie chciałam żyć, samookaleczałam się. Mieli wtedy 15 i 12 lat. Ostatecznie w 2007 roku miałam załamanie i spędziłam jedenaście tygodni w szpitalu psychiatrycznym i ojciec chłopców zaczął rozmawiać ze mną o oddaniu chłopców i pozwoleniu im na życie z nim. Byłam zagubiona i prawie się zgodziłam, ale na szczęście nie zrobiłam tego. Musiałam odejść z pracy ponieważ zbyt długo byłam na zwolnieniu lekarskim i nie wiedziałam, kiedy wyzdrowieję i czułam, że to nie w porządku w stosunku do moich kolegów i szefa.

Z dumą mogę powiedzieć, że od trzech lat jestem trzeźwa, a od roku czysta i nie okaleczam się. Jestem razem z chłopcami, którzy teraz mają 18 i 15 lat. Starszy syn jest poza domem na uniwersytecie, a młodszy prawie skończył szkołę. Obaj są cudownymi, opiekuńczymi, zabawnymi, przyjaznymi niesamowitymi dzieciakami i jestem z nich bardzo dumna i z tego, jak sobie poradzili i jak przeszli przez ten trudny czas. Dużo widzieli, przez miesiące, w których byłam chora. Codziennie dziękuję za nich Bogu.
Chociaż moja relacja z nimi jest sto procent lepsza i radzą sobie dobrze, nie jestem w stanie przebaczyć sobie tego, co zdarzyło się w czasie, kiedy byłam chora. Pomimo tego, że akceptuje to, że byłam chora, nadal codziennie czuję głębokie poczucie winy i wstydu. Każdego dnia torturuję i nienawidzę siebie, za to kim wtedy byłam. To narasta w ciągu ostatnich kilku miesięcy i teraz znajduję się w takiej sytuacji, że nie mogę przestać siebie nienawidzić.
Żadna terapia nie jest w stanie mnie przekonać, że nie jestem z natury złym człowiekiem, który zasługuje na cierpienie. Wiem, ponieważ od prawie trzech lat jestem w terapii. Czuję, że powinnam po prostu zaakceptować, że w moim życiu dużo się zdarzyło i że powinnam zabrać się za to.
Nie mam moich starych strategii radzenia sobie przez ucieczkę, więc czuję się po prostu pusta przez większość czasu, kiedy nie niszczę siebie. Nic się nie dzieje, nic nie wychodzi. Nie mam niczego do powiedzenia, ani do zaoferowania. Mam nadzieję, że to ma jakiś sens i nie narzekam zbyt mocno.
Niestety nie mam żadnych przyjaciół, którym mogę się zwierzyc, ponieważ większość przyjaźni skończyła się, gdy byłam chora i w stanie aktywnego uzależnienia. Dwie osoby, z którymi nadal utrzymuję kontakt nic nie wiedzą o tym, co się działo, ponieważ postanowiłam im nie mówić. Nie chcę obciążać i nudzić ich i wydaje się, że w ogóle nie umiem nawiązać i utrzymać bliskich relacji z innymi.
Czuję, że nie mam nic wspólnego z innymi i że jest to moja wina. Jestem nieco zdezorientowana i w chaosie.
Myślę, że to, co po prostu chcę powiedzieć to, że codziennie radzę sobie z tą chorobą i nie zawsze jest dobrze. Często czuję, że mam mentalność nastolatki, uwięzionej w ciele czterdziestodwuletniej kobiety. Moje życie kręci się tylko wokół chłopców, domu, pracy wolontariackiej na część etatu, którą podjęłam i wokół niczego więcej. Żyję z renty inwalidzkiej, co sprawia, że czuję się przegrana. Przepraszam, jeśli czujesz się znużony czytając lub jeśli to, co piszę brzmi jako godne politowania. Mam nadzieję, że znajdą się tacy ludzie, którzy utożsamiają się ze mną. Chciałabym mieć do powiedzenia coś pozytywnego.

Komentarz autorki napisany 1.5 roku później:

Dziękuję Jessiko za Twój komentarz. Miło z Twojej strony, że poświęciłaś swój czas. Teraz czuję się ok, a wracając do terapii, nie czuję nienawiści do samej siebie i złości, ale przeszłam przez to. Nie nienawidzę siebie już tak bardzo jak kiedyś, ale nadal nie znoszę siebie, co staje się trochę obsesyjne. Ale nie za bardzo. Raz jest lepiej, raz gorzej z tą chorobą, ale jestem na dobrych lekach, co pozwala mi trzymać w ryzach wszystkie złe rzeczy. Przykro mi z powodu Twojej sytuacji z rodziną, to musi być ciężkie, szczególnie w Twoim wieku. Cieszę się, że jest wsparciem, to rzeczywiście pomaga. Czasem nasi najbliżsi po prostu nie wiedzą co robić. To wspaniale, że czujesz się zmotywowana do pomagania innym, sądząc po tym, że trafiłaś do mnie, myślę, że to coś dobrego. Myślę, że najlepsi terapeuci to tacy, którzy sami to przeszli, osobiste doświadczenie się liczy. Mam nadzieję, że spędzasz miło wieczór, a jeśli kiedykolwiek będziesz chciała porozmawiać, to jestem tu przez większość wieczorów.

tłumaczenie Anna Brulińska