Nowa historia osoby cierpiącej na zaburzenie osobowości z pogranicza, jak zawsze odważna i dająca nadzieję, która jest tak potrzebna.

Komentarze będę odsyłać do autorki, więc mogą pojawić się z opóźnieniem (linki są dodane przeze mnie).

Chciałabym podkreślić, że wszelkie szczegóły (w każdej historii) są zmienione, by osoba nie mogła zostać rozpoznana, więc, jeśli się komuś wydaje, że zna tę osobę, to wrażenie przypadkowe.

  

Rodzina pochodzenia

 

Moi rodzice podobno byli w sobie zakochani… Podobno, bo dziś trudno w to uwierzyć. Poznali się w liceum. Początkowo jednak ojciec zdecydował się na małżeństwo z inną kobietą. Moi rodzice byli dobrymi znajomymi, wydawałoby się – dobrymi przyjaciółmi, ale pochodzili z zupełnie innych środowisk. Mój tata wychował się we względnie zamożnej rodzinie. Był rozpieszczony przez swoją matkę i surowo traktowany przez ojca. Z domu wyniósł gorzko- ironiczne poczucie humoru, błyskotliwość, towarzyskość, ale również obsesję śmierci w związku z obecną w rodzinie traumą Auschwitz. Jako młody człowiek był wesoły i towarzyski, ale podobno doświadczał krańcowych stanów emocjonalnych aż do rozpaczy i myśli o samobójstwie; był też kochliwy i skłonny do snucia marzeń.

Moja mama była prosto wychowaną dziewczyną, może trochę zaniedbaną, ale nie pozbawioną aspiracji. Jej rodzice pracowali na produkcji. Rodzinnego domu nie wspomina najlepiej z powodu rywalizacji ze starszą siostrą. Jako dziecko często była krytykowana. Wspominała kiedyś, że dziadek nadużywał alkoholu, a w domu dochodziło do „przepychanek”. Mama nie miała najlepszych warunków do nauki, ale została doceniona przez nauczycieli i uczyła się bardzo dobrze. Z domu pozostał jej tylko specyficzny sposób mówienia naznaczony gwarą.

Po rozpadzie swojego pierwszego małżeństwa relacja moich rodziców pogłębiła się. Ukończyli studia. Postanowili zamieszkać razem, a po kilku latach wzięli ślub cywilny. Żyli skromnie, ale samodzielnie. Tata był doktorantem. Moja mama, jako prosto wychowana „dziewczyna ze wsi”, nigdy nie została zaakceptowana w rodzinie taty. Ich pierwsze lata małżeństwa byłyby względnie udane, gdyby nie staranie o dziecko, naznaczone dramatem. Mama poroniła, ale w trzeciej ciąży była bardziej ostrożna, i udało się… Miałam szczęście.

 

Moje pierwsze samobójstwo

 

Urodziłam się w lodowatą, styczniową noc. To było moje pierwsze samobójstwo. Spodziewano się porodu w nietypowej pozycji ułożeniowej kilka tygodni przed terminem. Dzięki rodzinnym znajomościom w służbie zdrowia udało się załatwić cesarskie cięcie. Po urodzeniu uznano mnie za zdrową, byłam bardzo duża jak na umiarkowanego wcześniaka. Otrzymałam 10 punktów w skali APGAR. Ogólnie zdrowa. Później okazało się, że mam wadę serca, ale możliwą do zaleczenia w dzieciństwie (przegroda sama się domknęła, bez konieczności operacji). Pierwsze lata mojego życia zostały opowiedziane przez moją mamę. Moim narodzinom towarzyszyła radość oczekiwania, ale też silny niepokój. Moi rodzice długo starali się o dzieci. Z powodu trudności okołoporodowych mama przypuszczała, że, być może, będę cierpieć na mózgowe porażenie dziecięce, na szczęście jej obawy się nie ziściły. Po komplikacjach okołoporodowych mama powitała mnie z ulgą. Walka została wygrana, a rodzice nie ukrywali radości, entuzjazmu i związanych ze mną nadziei.

Później jednak matka zapadła na depresję w połogu i bała się, że nie stanie na wysokości zadania. Ludzie gratulowali jej macierzyństwa, a ona nie potrafiła się cieszyć, nie miała już siły na nic. Pogrążając się w depresji, obawiała się, że umrę z głodu. Pewnej nocy bardzo krzyczałam i nic nie mogło uspokoić. Po daremnej próbie uspokojenia, nie mogąc dłużej wytrzymać, rzuciła mną o przewijak. Później sama była przerażona swoim zachowaniem w tej sytuacji. W poczuciu osamotnienia przeżywała żal do ojca, który z dnia na dzień stawał się obcym człowiekiem, kimś w rodzaju współlokatora. Ojciec nie pomagał. Może chciał się włączyć w wychowanie i prowadzenie domu ale nie był w stanie. Może z powodu stereotypów panujących w jego rodzinie; tam uznawano, że matka pielęgnuje dziecko, a ojciec uczy, nagradza i karze.

Pierwsze lata mojego życia, z których niewiele pamiętam, spędziłam w domu pod opieką matki, która przez cztery lata nie pracowała zawodowo. Ojciec wyjechał za granicę, ale po kilku miesiącach wrócił. Niezbyt udane małżeństwo udało się podratować. Jako dziecko byłam wesoła, ale też uparta i zdeterminowana, nieco apodyktyczna. Jak ojciec. Podobno kilka razy dostałam klapsa w pieluszkę. W sumie jednak to ja w wielu sytuacjach rządziłam. Moim najwcześniejszym wspomnieniem pozostaje obraz mamy, która zrobiła mi opatrunek na skaleczony palec; jej ciepły głos mnie uspokajał.

 

Ciotka gestapo

 

Kiedy miałam trzy i pół roku, poszłam do przedszkola, a mama wróciła do pracy. Dla mamy to było pozytywne rozwiązanie, za to dla mnie nie. Stojąc u progu rozwodu, mama chciała się usamodzielnić i dobrze jej się powiodło. Dostała się do służby cywilnej, a następnie została kierownikiem jednostki. Ja jednak nie chciałam zmian. Bardzo kochałam mamę, byłam z nią symbiotycznie związana, bardzo zazdrosna. Odczuwałam lęk, gdy nas rozdzielano. Resztę pamiętam aż zbyt dobrze. Czułam się obco wśród innych dzieci, które już znały się między sobą, a wychowawczyni wzbudzała we mnie silny strach; przypominała wiedźmę z bajek, a jej głos mnie przerażał; moja intuicja okazała się słuszna. Przez cztery lata nie przyzwyczaiłam się do przedszkola, ale rodzice zdawali się to ignorować, oczekując ode mnie „dzielności”. Przedszkole wydawało mi się karą, przysłowiowym odstawieniem do kąta. W domu się nie skarżyłam. Uważałam, że rodzice ignorują moje uczucia a w zamian oczekują opanowania i „powagi”. Zaczęłam radzić sobie innymi sposobami – postanowiłam jak najczęściej chorować, aby pozwolono mi zostać w domu pod opieką babci. Czasem moczyłam łóżko, aby zyskać opiekę i pomoc. Gdy zachorowałam na zapalenie płuc, nie musiałam uczęszczać na zajęcia. Wyjechałam z babcią do sanatorium w celu podratowania zdrowia. Moje marzenie się spełniło.

W naszym przedszkolu panowała surowa dyscyplina. Szybko nauczyłam się, że nie wolno odmawiać jedzenia, rozmawiać podczas leżakowania, czy robić bałaganu w zabawkach. Wychowawczyni niektórych karała biciem, czy zamykaniem w schowku, a mnie konsekwentnie ignorowała, można więc powiedzieć, że miałam szczęście. Nie skarżyłam się nikomu, zresztą wychowano mnie bardzo surowo i uważałam, że to normalne. Kiedyś, podczas leżakowania poczułam szarpnięcie za włosy. Koleżanka zdjęła mi spinkę, ale nie zareagowałam, nie chcąc zwracać na siebie uwagi mojej znienawidzonej wychowawczyni. Pamiętam, że kiedyś kucharka kazała marudnej dziewczynce wylizać chochlę przy całej grupie, a wychowawczyni śmiała się z tego jak z dobrego dowcipu. Innym razem koleżanka dostała klapsa za rozebranie się przy umywalce. Ja też bym dostała, ale schowałam się w kabinie toaletowej. Później czułam się trochę winna, że mi się upiekło.

Jako dziecko przejawiałam tendencję do uciekania w świat wyobraźni – ciągle wymyślałam baśniowe krainy a najchętniej bawiłam się sama ze sobą, gdy nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie pamiętam, kiedy zaczęłam się masturbować, ale podejrzewam, że w dzieciństwie, może i z ciekawości, ale czasem też brutalnie, ryzykownie, „sprawdzając, co będzie”. Już w wieku przedszkolnym miałam tendencję do zachowań autoagresywnych; czasem przygryzałam dolną wargę do krwi. Kiedy byłam starszym dzieckiem, siedmio, ośmio czy dziewięcioletnim, często stałam w oknie patrząc tępym wzrokiem na tory i mysląc, co by było, gdybym skoczyła. Nie wiem, dlaczego o tym myślałam. Może wyobrażenie własnej śmierci dawało mi iluzję wolności i odrywało mnie od nieuniknionego bólu?

Jak radziłam sobie ze stłumionym napięciem emocjonalnym? Myślę, że moje zabawy były dziwne, z jednej strony mogły świadczyć o bogatej wyobraźni, a z drugiej strony były nasycone brutalną dominacją. Bardzo lubiłam się bawić lalkami, ale szybko je niszczyłam. Często odgrywałam surową nauczycielkę albo strażniczkę w więzieniu. Chciałam być dorosła, silna i zaradna, tylko trochę się bałam, że pójdę do piekła jeśli oddam światu głęboko ukrytą nienawiść. Może przejawiałam tendencje do samotnictwa i zamknięcia  w świecie wyobraźni, ale w końcu dobrze się czułam z kuzynami na wsi, lubiłam też sąsiadkę. Widać były dzieci, które akceptowałam i czułam się z nimi dobrze.

 

Robi to za cukierki

 

Zanim poszłam do szkoły, moja mama podjęła pierwszą i ostatnią próbę uzyskania pomocy w poradni psychologiczno- pedagogicznej. Powiedziała, że jestem lękliwa i mam trudności adaptacyjne, ale została potraktowana chłodno i poczuła się obwiniona za moje problemy. Dziś retrospektywnie rozpoznaję u siebie ADD. Jako dziecko uczyłam się dość dobrze. Czasami zapominałam o odrabianiu prac domowych. Nie lubiłam WF-u ani matematyki, gdyż często popełniałam „głupie błędy”. Gubiłam np. klucze i ubrania. Czasem sprawiałam wrażenie „inteligentnej idiotki”. Sprawiałam wrażenie zamyślonej i niezbyt uważnej. Poruszałam się trochę niezdarnie, jak gdybym potykała się o własne nogi. Zwykle jednak nauczycielki mnie lubiły. Widziały we mnie problem tylko wtedy, gdy „nie integrowałam się z klasą”.

Najsmutniejszym okresem mojego życia były pierwsze lata nauki w szkole. Z powodu nieśmiałości stałam się ofiarą przemocy w grupie rówieśniczej. Owszem, miałam jedną zaufaną koleżankę, ale ona też bała się przebywania w grupie i nie potrafiła mi pomóc. Potem miałam też dwóch kolegów i poczułam się pewniej, co nie przekreśla mojej traumy.

Grzesiek początkowo mnie uwielbiał, jednak od samego początku był zbyt pewny siebie i skłonny do przekraczania granic. Nie wiem, co spotkało go w życiu, ale w jego zachowaniu było coś dziwnego, wykazywał rzadko ujawniane w tym wieku tendencje socjopatyczne. Albo kogoś kochał albo nienawidził, a znęcanie się nad innymi było dla niego przyjemnością. Na początku lubił mnie, kupował mi prezenty i całował mnie w usta. Te pocałunki przy całej klasie trochę mnie krępowały, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. Gdy koledzy zaczęli się z niego śmiać, jaki jest „zakochany” i „zboczony”, ostentacyjnie mnie znienawidził i podburzył swoich kolegów do znęcania się nade mną. Często kupowałam innym bułki albo pożyczałam pieniądze. Koledzy zabierali moje rzeczy, policzkowali mnie, opluwali i kopali, mówili, że jestem szmatą. Pewnego dnia uległam zastraszeniu i rozebrałam się dla nich. Grzesiek zajrzał mi do bielizny, jednak bez penetracji. Jego koledzy śmiali się zachęcająco. Uciekłam w miejsca zdarzenia, ale ktoś to zauważył, stąd pojawiły się plotki, że… Sprzedaję się za słodycze. Pamiętam sytuacje, w których szłam korytarzem, a koledzy ze starszej klasy demonstracyjnie się odsuwali, jakbym była „zarazą” i szeptali coś między sobą.  Wyrzucałam sobie, że mogłam krzyczeć a nie krzyczałam, i uwierzyłam, że to moja wina. Potem zupełnie zapomniałam o całym zajściu. Doświadczając przemocy, czułam się nieporadna i bezwartościowa. Z tego okresu pamiętam przede wszystkim wstyd i ból.

 

Tajemnice „dobrego domu”

 

Trudno jednoznacznie ocenić moją rodzinę. Dorastałam w wyższej klasie średniej, w środowisku nastawionym na wymierny sukces; wielu moich kuzynów podjęło studia doktoranckie albo lukratywny zawód. Rodzice zawsze budzili we mnie ambiwalentne emocje; wiedziałam, że i tak nie spełnię ich oczekiwań, a ich uznanie zależy w większym stopniu od nastroju w domu niż od mojego zachowania. Z jednej strony często słyszałam, że mnie kochają, że jestem dla nich najważniejsza, że jestem perełką, oczkiem w głowie, ale wystarczyło, że się pomyliłam w liczeniu i już byłam idiotką. Podczas rodzinnych spotkań mama wychwalała moje osiągnięcia w nauce, uzdolnienia czy pożądane cechy charakteru, ale nigdy nie byłam pewna, czy mówi szczerze.

Moi rodzice, oprócz ograniczania przyjemności, stosowali kary fizyczne i groźby. Groźby były właściwie na porządku dziennym – „jeszcze słówko i pogadamy inaczej”, „zaraz cię uszkodzę”, „jakbym tak powiedział do matki to przez tydzień bym nie wstał”. Samego bicia dokładnie nie pamiętam, zapamiętałam, że czasem płakałam z bólu ale nigdy mnie nie zraniono. Ojciec bił mnie pasem przez bieliznę, matka opuszkami palców albo pięścią; taki sposób egzekwowania posłuszeństwa wydawał się dla nich normą. Nie pamiętam, ile było sytuacji tego rodzaju, ani co właściwie się wydarzyło. Rodzice zdają się bagatelizować całą sprawę, twierdząc, że ulegam wyobraźni. Pamiętam jednak, że bałam się pokoju, do którego ojciec zabierał mnie na „pogadanki”. Do tej pory, kiedy jestem u niego w domu, czasem czuję dreszcz podchodząc do szafy, na drzwiach której wieszał skórzane paski.

 

To okropne gimnazjum

 

Najszczęśliwsza byłam, paradoksalnie, w wieku 15 lat, choć podobno okres dojrzewania nie należy do łatwych. Urosłam, wydoroślałam, stałam się bardziej kobieca. Zmiana szkoły mi pomogła, miałam przyjaciółki, dobrze się uczyłam. Uczęszczałam do klasy matematycznej, chociaż interesowała mnie literatura i sztuka. Marzyłam, by zostać pisarką, a innym razem chciałam wyjechać na misję zostawiwszy wszystko. Mimo zadowolenia z życia ciągle próbowałam dookreślić moją tożsamość, znaleźć prawdę. Angażowałam się w harcerstwo, chór kościelny i liczne wolontariaty. Lubiłam organizować spotkania i wychodzić do innych z inicjatywą. Już nie byłam tylko ofiarą przemocy, odzyskałam poczucie sprawstwa, autorstwo mojego życia należało właśnie do mnie. Nadal jednak nie radziłam sobie z presją rodziny, a może z własną ambicją? Zawsze chciałam być jeszcze bardziej inteligentna i błyskotliwa.

W okresie dojrzewania nie byłam zbyt świadoma mojego libido. Lubiłam nosić sukienki, może byłam nieco zalotna i nie konwencjonalna w swojej elegancji, może nosiłam zbyt ostry makijaż, tak manifestowałam rodzącą się kobiecość, ale autentycznie nie miałam zamiaru nikogo uwieść. Miłość traktowałam jako sprawę dalszej przyszłości, ślubu i „piątki dzieci”. Koledzy nie stanowili dla mnie potencjalnych partnerów seksualnych, nie myślałam o nich w tej kategorii. Pewnym szokiem było zrozumienie, że koleżanka z młodszej klasy jest we mnie zakochana a jej listy mają ckliwy, dwuznaczny charakter. Tłumaczyłam jej, że nie chcę żyć w grzechu, możemy się przyjaźnić, ale „nic więcej”. Ostatecznie wyjechała do Włoch i nie miałam już z nią kontaktu.

 

Moja „bezdomność”

 

Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałam 18 lat. Atmosfera w domu była trudna do wytrzymania. Nawet nie dochodziło do kłótni – po prostu nie rozmawiali ze sobą. Tym bardziej nie zwracali na mnie uwagi. Zdarzało się, że nie kupowałam sobie np. niektórych podręczników, bo nie chciałam prosić matki o pieniądze i usłyszeć „czemu ojciec ci nie dał?”. Niestety, próbowano mnie angażować jako stronę w konflikcie. Przyjaźniłam się z kochanką mojego taty, co wciągnęło mnie w koalicję przeciwko matce. Zresztą, wtedy autentycznie nienawidziłam mojej matki. Byłam w stanie skłamać, że nie żyje i nawet życzyć jej śmierci, myśląc, że tylko wtedy odzyskam wolność. Matka próbowała racjonalizować rozwód religijnie; tłumaczyła, że małżeństwo z człowiekiem niewierzącym jest nieważne, że to był tylko ślub cywilny, że zaraz będę dorosła etc. Tym bardziej nienawidziłam tych wymówek, uważając ją za wypraną z uczuć bigotkę. Po rozwodzie mieszkałam trochę z matką i trochę z ojcem, a nigdzie na stałe. Na tym polegało moje poczucie bezdomności, bycia „wszędzie i nigdzie”. Szczególnie nienawidziłam świąt, które mi przypominały, co straciłam. Wtedy jeszcze bardzo idealizowałam moją rodzinę.

W wieku 18 lat coraz częściej myślałam o skrzywdzeniu kogoś lub siebie. Wszystko mi się kojarzyło ze śmiercią i umieraniem. Miałam objawy somatyczne przypominające ataki astmy. Czasem uderzałam się jakimś przedmiotem nawet do krwi. Pewnego dnia przeszłam przez tory z zamkniętymi oczami, jak gdyby obojętna na wszystko. Potem się bałam, że naprawdę popełnię samobójstwo pod wpływem chwilowego impulsu. W liceum uczyłam się dobrze, ale czułam się trochę wyobcowana. Wtedy też przeżyłam pierwsze zauroczenie.

Rafał był moim kolegą ze starszej klasy. On mi się podobał, ja jemu również. Wspólnie uczęszczaliśmy na kółko historyczne. On napisał scenariusz do przedstawienia, a ja w nim wystąpiłam. Wydawało mi się, że możemy całymi godzinami ze sobą rozmawiać, a jednak bałam się miłości. Nie podobało mi się, kiedy Rafał podśpiewywał sprośne piosenki. Bałam się, że mógłby mnie uwieść, a nie czułam się na to gotowa. Jednak, mimo wszystko, dobrze się czułam w jego towarzystwie. Potem jednak wyjechał na studia do Francji i już nie udało nam się utrzymać kontaktu. Byłam trochę zawiedziona, ale w sumie nie liczyłam na zbyt wiele…

 

„Poznaj świat”

 

Miałam 19 lat. Ukończyłam liceum z nagrodą i przez chwilę marzyłam o studiowaniu na Sorbonie, ale zarazem chciałam „zostawić ślad po sobie”, „iść pod prąd”, „wybrać inaczej niż wszyscy”. Po maturze pojechałam na rekolekcje powołaniowePrzebywałam przez kilka dni w małej miejscowości. Wokół klasztoru był tylko las, dalej teren wioski i szosa. Przez kilka godzin dziennie, już od godziny piątej przebywałam w cichej kapliczce. Właściwie nikt mnie do niczego nie zmuszał. Chodziłam tam sama z siebie. Pytałam, co się liczy w moim życiu, kim powinnam zostać, jakie cierpienie jestem w stanie udźwignąć.

Rozmawiałam z siostrą przełożoną. Skrytykowała mnie, ale słusznie… Zwykle bardzo źle znoszę negatywne informacje zwrotne, tym razem jednak wiedziałam, kto ma rację. Siostra Łucja powiedziała, że docenia moje dobre chęci, ale brakuje mi dojrzałości, nie wiem jeszcze, czego chcę od życia. „Idź, poznaj świat, skończ studia, popracuj w świecie i wtedy się zastanów. Może będziesz chciała tego samego, a może już nie” – odpowiedziała stanowczo. Nie protestowałam, gdyż wiedziałam, że ma rację.

 

Niekończąca się przygoda

 

Tak zaczęła się moja niekończąca się przygoda ze studiowaniem. Lubię się uczyć. Jedynym moim problemem jest wybór dziedziny, w której mogłabym się specjalizować. Zmieniałam kierunki studiów, przerywałam, ale kończyłam je. Jedynie filologii nie skończyłam, ale językoznawstwo nudziło mnie do obrzydzenia, więc nie żałuję podjętej decyzji. Ukończyłam pedagogikę, aby zostać nauczycielką. Ponadto studiowałam przez trzy lata filozofię i nie żałuję tego. Po dwóch latach przerwy w nauce, z pewnym doświadczeniem w zawodzie nauczycielki, zaczęłam studiować psychologię. Rzeczywiście, moja przygoda ze studiowaniem zdaje się nie mieć końca.

Studia były czasem nie tylko zdobywania wiedzy i dokonywania życiowych wyborów. Były także czasem pogłębionej refleksji nad sobą. Mając 20 -22 lat przeszłam terapię psychodynamiczną, która pomogła mi odzyskać niechciane wspomnienia. Starszy terapeuta mówił o „ciężkiej nerwicy”, może jednak miał na myśli borderline, zaburzenie zawierające w końcu komponent lękowy? Zrozumiałam, jak bardzo jestem poraniona. Niestety, nie wiedziałam jeszcze, jak poradzić sobie z ambiwalencją emocji.

 

Odkrywanie miłości

 

Moje relacje o charakterze miłosnym zawsze były trudne. Kiedy byłam bardzo młoda przeżywałam je w sposób niedookreślony i rozmyty, jakby „po przyjacielsku”. W późniejszym okresie moje związki były głębokie i płytkie zarazem, zwykle przynoszące cierpienie. Stałam się też świadoma własnego libido.

Julia była moją sąsiadką. Przyjaźniłyśmy się, chodziłyśmy razem do kościoła, na spacer czy na francuski. Coraz częściej opowiadałam jej o moich problemach rodzinnych, wściekłości na matkę i że chciałabym umrzeć. Trudno mi powiedzieć, czy kochałam Julię, ale autentycznie przywiązałam się do niej. Jej głos mnie uspokajał, a jej uśmiech sprawiał, że zapominałam o sobie. Często o niej myślałam, gdzie jest i co robi. Nie chciałam, by wiedziała, jak bardzo ją uwielbiam, aby jej nie przestraszyć. Pewnego dnia postanowiłam jej powiedzieć o moim „występku”, bo pomyślałam, że tak będzie lepiej, że i tak widzi, jak bardzo jestem na niej zafiksowana. „Wiem, o czym chcesz powiedzieć, ale nie wierzę, że mnie pożądasz, ty po prostu potrzebujesz powiernika duszy” – osądziła sprawę. Może miała rację.

Poznałam Lucjana, kiedy miałam 21 lat. Uczęszczaliśmy do duszpasterstwa akademickiego. Nie rozumiem, co tam robił będąc tak zagubionym człowiekiem, myślę jednak, że pragnął Boga i szukał sensu w swoim życiu. Początkowo wydawał mi się tajemniczym romantykiem. Imponował mi grą na skrzypcach. Miałam wrażenie, że rozumiemy się bez słów. Spędziliśmy razem noc sylwestrową, a 1 stycznia dostałam pierścionek. Po raz pierwszy współżyłam z mężczyzną mając już 22 lata, był nim właśnie Lucjan Bo czekałam na prawdziwą miłość, nie chciałam przeżyć inicjacji z przypadkowym chłopakiem. Reszta mojego życia miała być spełniona.

Idealizacja Lucjana nie trwała jednak długo. Coraz częściej zaskakiwał mnie swoją brutalnością i tendencją do dominacji. Wcześniej z nikim nie współżyłam, a on od razu mnie namawiał do ostrego seksu z rytuałami typu BDSM. Początkowo tylko przytrzymywał mnie za ręce, potem próbował mnie przywiązywać, przygryzać, bić pięścią i ciągnąć za włosy. Czasem groził, że mi zaklei usta jeśli będę krzyczała. Albo, że mnie obleje wrzątkiem. Marzył o porwaniu i uwięzieniu, o posiadaniu mnie tylko dla siebie, w ukryciu przed światem. Gdy zaczęłam się poważnie okaleczać, nie wiedziałam, że krew go podnieca, on jednak odwijał bandaż, lizał i całował moje pokaleczone ramiona nie kryjąc satysfakcji.  Kiedy mnie poddusił, bardzo się przestraszyłam. On jednak wyśmiał moje zastrzeżenia.

Byłam coraz bardziej sfrustrowana. Nie zadowalała mnie mętna obietnica ślubu, chciałam wyjść za mąż po trzecim roku, ale też nie wyobrażałam sobie, jakim byłby mężem skoro już tyle razy mnie zawiódł. Wiedziałam, że spotyka się równolegle z moją znajomą, chociaż nie wiedziałam, co dokładnie ich łączy. Wydaje mi się, że związek z Darią był bardziej nastawiony na przyjemności, a mnie przypadły rozmowy o literaturze, sztuce i polityce. Moi rodzice okazywali niezadowolenie, uważali, że zbyt łatwo pozwoliłam się uwieść. Widząc, że tkwię w destrukcyjnej relacji, a zarazem ciągle kocham Lucjana, myślałam o samobójstwie jako wyjściu z sytuacji. On też czasem groził mi, że się zabije. Ja z kolei cięłam się ostrymi przedmiotami, aby zyskać jego uwagę i współczucie. Kilka razy wzięłam silne tabletki, chyba opiaty,  ale bałam się uzależnień. W końcu podjęłam decyzję o zakończeniu związku.

Adam był podobny do Lucjana a zarazem zupełnie inny. Z pozoru milczek i szara myszka. Szalał za mną, ja za nim mniej, ale chciałam spróbować, „co będzie”. Nasz związek był intensywny, ale trwał niedługo – trzy miesiące, może cztery. Moje wspomnienia dotyczące Lucjana były zbyt żywe, podczas, gdy Adam zadręczał mnie zazdrością. Okazywał niezadowolenie z powodu mojego zachowania w poprzednim związku, nie stroniąc przy tym od ekscesów. W poprzedniej relacji, jego zdaniem, robiłam coś, co robią prostytutki. Wypominał mi, jak bardzo zgrzeszyłam. Zbuntowana przeciwko nadmiernej kontroli, zakończyłam tę relację.

 

Kryzys

 

Starałam się żyć normalnie ale coraz częściej odreagowywałam emocje. Coraz częściej narażałam się na utratę dobrej opinii, na której bardzo mi zależało. Zresztą, coraz częściej nienawidziłam siebie i jedyne, czego pragnęłam, to umrzeć. A może chciałam pomóc sobie, zapomnieć o cierpieniu?

W dalszym ciągu byłam wesoła i ciekawa świata, ale coś we mnie pękło. Przez trzy lata często się okaleczałam ostrymi przedmiotami, a także przypalałam się albo kładłam na kawałkach szkła. Często biłam się pięściami w twarz albo szarpałam za włosy. Autoagresja pomagała mi zyskać chwilową ulgę w cierpieniu emocjonalnym.

Odreagowałam także poprzez masturbację, napadowe objadanie się, czy bezsensowne zakupy. Było mi przykro, że inni muszą znosić moje niekonwencjonalne zachowanie, które nie zawsze potrafię ukryć. Na uczelni miałam zaufane koleżanki, które potrafiły mnie uspokoić. Próbowałam ulżyć sobie także na inne, bardziej konstruktywne sposoby, ale np. gimnastyka i relaksacja przynosiły mi tylko chwilową ulgę i nie pomagały w silnym stresie. Nie pomagały też specyfiki dostępne bez recepty. Czułam, że jestem w kryzysie, ale oszukiwałam siebie, że „jeszcze nie potrzebuję leczenia psychiatrycznego”. Uczestniczyłam w różnych grupach wsparcia. Do dziś cenię ruch DDA/DDD, choć uważam, że nie można nadmiernie koncentrować się na zranieniach z dzieciństwa ani naprawiać rodziny pochodzenia, lepiej tworzyć własne życie i być jego autorem.

Miałam 23 lata. Uważałam, że moje życie jest zupełną porażką i lepiej by było dla mnie, gdybym się nie urodziła. Snułam ponure fantazje dotyczące własnej śmierci. Chciałam siebie dotkliwie „ukarać”. Myślałam o śmierci poprzez samospalenie, ale to by było technicznie trudne, gdyż musiałabym zgromadzić zapas nafty nie zwracając na siebie uwagi.

Tego feralnego dnia pokłóciłam się z ojcem, gdyż stwierdził, że źle wieszam pranie. To była kropla, która przelała czarę goryczy. Stwierdziłam, że dla rodziców zawsze byłam porażką i potrafią tylko mnie krytykować. Myślałam o powieszeniu się na drabince. Przygotowałam chustkę z wełny. Poddusiłam się i wtedy dotarło do mnie, że chcę żyć. Poszłam do psychiatry, który skierował mnie do szpitala. Chciałam wziąć od niego skierowanie, ale zaprotestował: „Nie wypuszczę pani w tym stanie. Albo się pani zgodzi na leczenie szpitalne, albo umieszczę panią w szpitalu wbrew woli. To jest sprawa życia i śmierci, rozumie pani…?”.

Przebywałam na oddziale zamkniętym przez 2 miesiące. Początkowo leżałam przy pokoju pielęgniarek pod obserwacją, dostawałam benzodiazepiny i ciągle spałam. Po tygodniu poczułam się lepiej. W końcu umieszczono mnie w pokoju trzyosobowym. Zaczęłam uczestniczyć w terapii zajęciowej, w ramach której malowałam i szyłam. Moi rodzice często przychodzili do szpitala. Próbowali ze mną rozmawiać. Lekarze chwalili moją motywację do leczenia – wszystkie impulsy, wszystkie myśli natychmiast zgłaszałam. Pracownicy oddziału nie byli pewni co do diagnozy, początkowo próbowano mi przypisać psychozę, ale w końcu otrzymałam zaburzenie osobowości chwiejnej emocjonalnie. Szpitala nie wspominam źle, owszem, niektóre pielęgniarki były opryskliwe lub nadmiernie kontrolujące, ale jednak w szpitalu czułam się bezpiecznie. Zrozumiałam, że mój problem nie jest po prostu kaprysem, grzechem czy niedostatkiem silnej woli i że mam prawo źle się czuć. Moje relacje z rodzicami, po kilku trudnych rozmowach, nieco się poprawiły.

Później leczyłam się na oddziale dziennym ogólnym, w ramach którego uczęszczałam m. in na terapię behawioralną oraz trening asertywności. Nie czułam się tam najlepiej ponieważ byłam najmłodszą uczestniczką, uczyłam się, chciałam pracować. Z drugiej strony jednak pomogło mi poznanie innych osób z zaburzeniami psychicznymi i wymiana doświadczeń. Intuicyjnie rozumiałam chorych na schizofrenię, mieliśmy dobry kontakt. Niemiłym incydentem była propozycja romansu ze strony jednego z uczestników, w końcu wyrzuconego z oddziału. Chętnie szyłam i rysowałam. Uczestniczyłam w teatrze amatorskim dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Mimo wszystko czas spędzony w szpitalach, łącznie sześć miesięcy, nie był czasem straconym – dojrzałam, lepiej zrozumiałam siebie, wiele się nauczyłam. Wiem jednak, że moje miejsce jest gdzie indziej.

 

Zakończenie

 

Lubię przelewać myśli na papier, ale nie cierpię czytać tego, co napisałam. Szczególnie nie cierpię czytać mojego życiorysu. Opowiadam tę historię jak każdą inną, jak obejrzany film. Jestem jak gdyby obojętna. Jestem jakby obok mojego trudnego życia. Kiedy jednak wracam do tego, co napisałam, zaczyna boleć. Zaczynam rozumieć, że otarłam się o śmierć. Z drugiej strony widzę, jednak, ile dobra mnie spotkało, skoro żyję i mam się całkiem dobrze. Kiedy zrozumiałam, ile przemocy było w moim życiu, poczułam wściekłość, a następnie tępy żal.
Teraz jednak rozumiem, że nie pozostałam raz na zawsze ofiarą, słabym bezwolnym dzieckiem – moje życie należy do mnie, jestem jego autorką. I w tym wszystkim czuję, że Bóg mnie nie opuścił.